Ściągnąłem w ostatnich dniach internetowe wersje czerwcowego i lipcowego numer BŁ, siadłem do lektury i …. następnego dnia siadłem do pisania. Na początek warto powiedzieć, że obie edycje zawierają wiele ciekawych artykułów i trzeba przyznać Redakcji, że po słabszym, w każdym razie w mojej ocenie okresie naprawdę nabrała wiatru w skrzydła. Do czego chcę się odnieść? W obu numerach jest kilka artykułów dotykających, bezpośrednio lub pośrednio, odwiecznego tematu zapisanego w tytule tego artykułu. Ciekawym wywiadom z profesorami Piotrem Żuchowskim i Markiem Koziorowskim towarzyszy dwuczęściowy „wywiad rzeka” z Zenonem Kruczyńskim znanym przeciwnikiem polowania oraz inne, mniejsze publikacje z tego obszaru. Redakcja stawia naprzeciw siebie obraz i poglądy na łowiectwo poważnych, mających duży osobisty dorobek życiowy osób, z demagogicznymi, powierzchownymi wypowiedziami Zenona Kruczyńskiego – tego od „Farba znaczy krew”. Tak trzymać!
Co jednak mnie zmotywowało do chwycenia za „pióro”? Tym czymś jest artykuł spółki Daniel A. Kałużycki i Wojciech Bołoz zatytułowany „Przyjemność zabijania”. Jakie przesłanie słychać z tego tekstu, napisanego zresztą w sposób ciekawy i z pewnością starannie przygotowanego? Tym przesłaniem jest, aby w dyskusjach z tzw. ekologami czy w ogóle przeciwnikami łowiectwa różnej maści, zamiast prowadzić dyskusję emocjonalną opartą o rozmydlanie istoty łowiectwa obrazami sentymentalnych wycieczek do lasu, „przy okazji” jedynie kończących się strzałem czy usuwaniem z łowisk jedynie osobników starych i chorych, wprost powiedzieć, że istotą łowiectwa jest zabijanie i czerpanie przez myśliwych z tego przyjemności. Niezwykle przewrotna teza autorów znanych mi ze skłonności do takiego sposobu prowadzenia dyskusji , co mogę powiedzieć po dosyć licznych z nimi potyczkach słownych na mojej stronie www.psymoje.pl.
Muszę kategorycznie zaprotestować przeciw takiemu stawianiu sprawy gdyż, po pierwsze, teza jest nieprawdziwa a przynajmniej nie może być stawiana jako podstawowa motywacja większości do uprawiania łowiectwa, a po drugie, takie stawianie sprawy przed niczego nie rozumiejącymi, infantylnymi mieszczuchami musi zakończyć się klęską osób toczących tą bitwę po naszej stronie. Szczerze mówiąc nie mogę wykluczyć, że przewrotność autorów polega w jakiejś mierze na tym, żeby zachęcić do prowadzenia debaty w sposób skazujący „naszą stronę” na porażkę.
Najpierw mały strzał we własną stopę – z pewnością jest spora grupa myśliwych, nieproporcjonalnie i nadmiernie rzucająca się w oczy ze względu na swoją łowiecką aktywność, dla której motywacją do polowania jest owa przyjemność płynąca z zabijania. Wśród wszystkich drapieżników spotykamy takie przykłady – niech punktem odniesienia będzie kuna mordująca wszystkie kury w kurniku nocą, tylko dlatego, że ptaki są niezdolne do obrony czy wataha wilków wybijająca całą chmarę jeleni w wysokim śniegu. Czymże innym są „polowania” na bażanty w bażantarniach specjalnie przygotowanych do wystrzeliwania setek sztuk, wcześniej wyhodowanych w tym celu bażantów, czy „polowania” zbiorowe na dziki specjalnie hodowane do tego celu w zagrodach, gdzie dzienne rozkłady na myśliwego idą w dziesiątki sztuk a nawet argentyńskie polowania na dzikie gołębie gdzie amerykańskim, i nie tylko, myśliwym gwarantuje się odstrzał nie mniej niż 300 ptaków dziennie? To jest właśnie żerowanie na owej nieokiełznanej pasji mordowania drzemiącej w niektórych ludziach i zwierzętach. Zachłanność i krwiożerczość tego typu polowań jest zwykle, tak się składa, cechą systemów łowieckich Zachodu, gdzie polowanie staje się często rozrywką czy strzelecką przygodą, również bussinesem, dając przy tym wspaniałą pożywkę dla propagandy anty łowieckiej. Na naszym podwórku przykładem takiej postawy niech będą, modne w niektórych kręgach, polowania na dzikie gęsi, gdzie strzela się setki naboi na każdą odległość licząc na to, że może wreszcie któraś spadnie czy polowania na kaczki gdzie krwiożerczy nemrodzi strzelają dziesiątki sztuk nie zadając sobie nawet trudu podniesienia strąconych czy tym bardziej zbarczonych sztuk. To z pewnością jest ta brudna strona łowiectwa która zbliża nas do drapieżców, o których wyżej i do tego ta strona łowiectwa która pozwala łatwo budować przeciw nam zarzuty oparte o emocje.
Jak powinno się wobec tego budować przekaz o łowiectwie i myśliwych? Właśnie tak a nie inaczej – o łowiectwie i myśliwych, bo to co dla wielu słuchaczy jest jednością tak naprawdę jednością nie jest. Wyraźnie trzeba budować w powszechnej świadomości, ale też w świadomości myśliwych, że łowiectwo ma dwa wymiary – jeden osobisty, oznaczający osobiste motywacje do polowania każdego z nas, motywacje wynikające z tradycji rodzinnej, pasji, zainteresowania przyrodą, chęcią imponowania, sprawdzeniem siebie w trudnych warunkach i wieloma zapewne innymi czynnikami, również ową przyjemnością z zabijania zgłoszoną do katalogu przez Autorów „Przyjemności z zabijania”. Elementem tego osobistego wymiaru jest też sposób w jaki łowiectwo uprawiamy. Przywoływałem już w innym tekście ten wojskowy przykład – czy jesteśmy żołdakami i oprawcami czy oficerami sprawy zależy nie od sprawy, ale od jakości naszego w niej udziału. Łowiectwo ma też drugi wymiar. Tym wymiarem jest rzeczywiste zadanie realizowane przez miliony myśliwych, zadanie które polega na ciągłym budowaniu naszej relacji ze światem zwierząt. Sposób realizacji tego zadania zmieniał się przez tysiąclecia w zależności od sposobu funkcjonowania ludzkich wspólnot, stopnia rozwoju cywilizacji i wielu innych czynników ale na pewno samo zadanie pozostanie aktualne tak długo, jak długo na świecie będą obok siebie żyli ludzie i zwierzęta. Proszę wykonać prostą operację myślową – znikają związki łowieckie, koła łowieckie i myśliwi – czy zniknął ludzie wykonujący polowanie, kłusownicy w dzisiejszej nomenklaturze lub zawodowi kilerzy? Na pewno nie! – ponieważ zadanie pozostanie. Niezależnie od tego co twierdzą pseudo ekolodzy łowiectwo jest i będzie jednym z ważniejszych obszarów realnego wysiłku ludzi na rzecz środowiska naturalnego.
Wrócę na chwilę do jednego z fragmentów wywiadu z Zenonem Kruczyńskim, w którym z żalem mówi on o dużych środkach finansowych którymi dysponuje PZŁ, w przeciwieństwie do szczupłości zasobów fundacji w której działa. Pomijając inne wątki tej wypowiedzi zapytam – a na co wydaliby pieniądze Koledzy Ekolodzy gdyby je posiadali? – na wiszenie na drzewach czy na hałasowanie w Puszczy Białowieskiej w czasie rykowiska? Jaki program pozytywny mają Szanowni Koledzy Ekolodzy? Co do środków finansowych jeszcze jeden mały wątek – myśliwi płacą składkę do swoich związków łowieckich czy kół, pracują w łowiskach tworząc różne, policzalne w pieniądzach wartości. Czy Szanowni Ekolodzy też dokładają się z własnych środków do budżetu swoich organizacji czy może bezceremonialnie wydają różnego rodzaju subwencje i darowizny ludzi kształtujących zadania realizowane przez ich środowisko?
Jak więc dyskutować o łowiectwie?, jak kształtować nasz wizerunek? Sprawa jest prosta i nie prosta zarazem. Prosta, ponieważ w moim pojęciu łatwo jest zbudować czytelny przekaz o rzeczywistych zadaniach przed którymi stoi łowiectwo i również o zadaniach które łowiectwo realizuje. Oczywiście, łowiectwo rozumiane jako ciągłe zadanie budowania relacji człowieka ze światem zwierząt a w każdym razie znaczącą część tej relacji. Sprawa nie jest prosta zarazem, ponieważ do takiego przekazu potrzeba ludzi widzących problem nie przez pryzmat kotleta z dzika czy przyjemności czerpanej z zabijania, ale przez okulary etycznego łowcy i ekologa zarazem. Szukajmy takich ludzi, dajmy im szansę na stanie się głosem naszego środowiska i nie pozwólmy jednocześnie na bojaźliwe milczenie czy szkodliwe wypowiedzi osób myślących w kategoriach czystego drapieżcy.


Pszeszanowny Panie Zbyszku,
jak mawiał Pawlak: toż to SZOK! Nie dość, że znalazł Pan czas, by pochylić się nad bucowskimi wypocinami, to jeszcze okazały się one dla Pana natchnieniem! Do polemiki. Chapeau bas, buce są pełni uznania dla Pańskiej dzielnej postawy. Dziękujemy!
Skoro już zauważył Pan, że dyskusja wokół łowiectwa jest postawiona na głowie (chociaż nie jest – co buce wręcz łopatologicznie wyłożyli w swoim artykule), to może dostrzeże Pan w końcu, iż ględzenie o łowiectwie jako budowaniu relacji człowieka ze światem zwierząt spotka się natychmiast z następującym pytaniem:
A DLACZEGO PAN ZBYSZEK MUSI KONIECZNIE BUDOWAĆ OWĄ RELACJĘ ZA POMOCĄ OŁOWIU?
Niech Pan sobie wyobrazi takie pytanko gdzieś na wizji albo w radio. Mówi Pan pięknie o łowiectwie i nagle trach – szlag trafił cały Pański super etyczno-ekologiczny wywód. Wracamy do zabijania, do śmierci, także do przyjemności z nimi związanych.
Co wtedy odpowie Pan Zbyszek?
Że nie chce na ten temat rozmawiać, bo to jest stawianie tematu na głowie? :)))
Powodzenia.
Szanowny Panie,
w Waszym, „łopatologicznie”, choć nieco rozwlekle przedstawionych w BŁ poglądach jest proste wyjaśnienie skąd ten ołów. Po prostu śmierć jest równie naturalnym elementem życia na Ziemi jak narodziny i ona jest najpotężniejszym czynnikiem regulującym wzajemne relacje różnych populacji zwierząt czy roślin. Warto zajrzeć na wskazany w moich tekstach adres pokazujący działania a właściwie skutki działań holenderskich ekologów aby zobaczyć, że jest prosta alternatywa dla „ołowianej” śmierci , jest nią śmierć głodowa. Swoją drogą ile trzeba mieć tupetu (myślę o pomarańczowych ekologach) aby po zniszczeniu przyrody swojego kraju brać się za pouczanie innych. To tak jakby posłanka Grodzka prowadziła lekcje z seksuologii w podstawówce.
Śmierć reguluje relacje człowieka ze światem roślin i zwierząt na różne sposoby, z jednej strony jest to oczywiste ale z drugiej strony jakby nieznane czy nie uświadamiane w szerszym odbiorze. Czy ktoś opowiedział na antenie tej czy innej stacji radiowej czy telewizyjnej ile po skoszeniu łąki współczesnymi kosiarkami rotacyjnymi czy bijakowymi ginie żab, owadów, zajęcy, ptaków różnych gatunków a szczególnie gniazdujących na ziemi, młodych saren itp.? Proszę pomnożyć ilość koszonych hektarów łąk w całej Europie przez ilość śmierci na jednym hektarze a wyłaniająca się z tej matematyki hekatomba jest wprost niewyobrażalna. Czy koledzy ekolodzy zadali sobie kiedyś trud aby rozpocząć walkę o zakaz koszenia łąk w Europie? Nie ponieważ nie jest to atrakcyjne medialnie a przy tym równie bezsensowne jak nakazanie przekształcenia całego rolnictwa w uprawy ekologiczne co doprowadziłoby do głodowej śmierci już miliardów a nie milionów ludzi na świecie. To tak w dużym skrócie.
A tak przy okazji, proponowałem kiedyś znanemu mi dziennikarzowi stacji telewizyjnej w której czasem udzielam się w moich sprawach zawodowych rozmowę o łowiectwie. Ta rozmowa a właściwie niby rozmowa się odbyła ale jej jakość była zupełnie dramatyczna ze względu na skalę nierozumienia zagadnienia przez prowadzącego. Do skutecznej i mądrej rozmowy potrzebne są dwie strony które wiedzą o czym mówią nawet jeżeli mają skrajnie różne poglądy. Nie sądzę aby w naszych mediach taka rozmowa była możliwa.
Pszeszanowny Panie Zbyszku,
cieszę się, że zamierza Pan polemizować z nami na łamach BŁ. Obawiam się jednak, że owa polemika będzie przestrzelona, ponieważ nie zrozumiał Pan naszego tekstu. Zacytuję więc mały fragment z tegoż:
„W dzisiejszych czasach nie wystarczą solidne argumenty przemawiające za łowiectwem. Jeśli chcemy polować – a nie wyłącznie przyglądać się jak ktoś poluje za nas – musimy zadbać również o umiejętność komunikowania społeczeństwu osobistych motywów i emocji.”
Wyraźnie daliśmy do zrozumienia na jakich płaszczyznach powinno tworzyć się przekaz o łowiectwie. To są te dwa wymiary, z których jeden określił Pan jako „osobisty”, drugi powiedzmy „ogólny”.
I co Pan robi? Najpierw Pan powyższe neguje, po czym zaczyna Pan pisać, że przekaz łowiectwa powinno się właśnie o te dwa wymiary budować. Czyli dubluje Pan to co napisaliśmy. Jaki jest więc sens takiej polemiki?
Wreszcie, chciałem zauważyć, że w naszym tekście skupiliśmy się wyłącznie na wymiarze „osobistym”, związanym z indywidualnymi motywacjami i emocjami towarzyszącymi aktowi zabijania, ponieważ przede wszystkim ten wymiar i ta kwestia jest przedmiotem ataku różnych nawiedzonych grup. Dominuje krytyka FORMY współczesnego łowiectwa, czyli m.in. pada pytanie: dlaczego poluje z przyjemnością amator Zbyszek zamiast zimnego profesjonalisty? To jest sfera, w której myśliwi są totalnie bezbronni, ale mogą też wiele zrobić, nadrabiając zaległości.
Tylko, że to wszystko zostało już napisane. Pozostaje kwestia przeczytania ze zrozumieniem. Do czego Pana zachęcam. I prosiłbym, aby Pan odniósł się w swojej polemice do meritum.
P.S. Jeśli twierdzi Pan, że nie czerpie radości, przyjemności z zabijania, powstaje proste pytanie: po co Pan to w ogóle robi? I dlaczego wciąż to robi? Przecież nikt i nic do tego Pana nie zmusza.
Szanowny Panie,
szczerze mówiąc nie do końca zrozumiałem. To, do czego odnoszę się wyżej to Pański komentarz, do mojego tekstu jeszcze wyżej. Co do sposobu komunikowania się z tzw. społeczeństwem – można to robić adresując – treść i formę do kolegów i nieprzyjaciół, do myśliwych i nie myśliwych, do ludzi wykształconych i nie, do ludzi życzliwych i nie, do ludzi uprzedzonych do prelegenta i nie uprzedzonych, że wymienię kilka wariantów które przyszły mi do głowy. Jeżeli założymy, że mówimy do większości, która jak wiadomo zawsze ma rację choć zwykle niczego nie rozumie, to mówiąc o łowiectwie z poziomu „kocham śmierć i zabijanie” zostaniemy rozwalcowani na bardzo cieniutkie plastry.
Zajrzałem przed chwilą na Waszą stronę na FB (szczerze mówiąc nie wiedziałem, że ona istnieje) i jeżeli Szanowni Koledzy uważacie, że taka forma przekazu dotrze do kogokolwiek a w szczególności to wspomnianego społeczeństwa, to mogę tylko wyrazić zdumienie brakiem wyobraźni, ale oczywiście dopuszczam wariant braku wyobraźni u mnie. Moim skromnym zdaniem w tekście na samej górze odniosłem się do meritum a tzw. wersję poprawioną i uzupełnioną wysłałem do Redakcji BŁ.
PS. Osiągnąłem jednak mały sukces – ostatni komentarz Szanownego Kolegi ostał napisany w języku zbliżonym do literackiego co znacznie, moim zdaniem poprawia komunikację. Zresztą w tekście z BŁ też zobaczyłem, z prawdziwą ulgą, normalny język. Tak trzymać!!
Pszeszanowny Panie Zbyszku,
ujmę to jeszcze prościej: „kocham śmierć i zabijanie” oraz „istotą łowiectwa jest zabijanie i czerpanie z tego przyjemności” to Pańskie wnioski i tezy, które sam Pan wymyślił i sam Pan obala, a które nie mają nic wspólnego z naszym tekstem. Mógłbym być nawet wredny i poprosić Pana o wskazanie fragmentów bucowskiego artykułu, z których powyższe można wysnuć.
W związku z tym nie bardzo rozumiem z czym Pan chce polemizować. Chyba, że lubi Pan pisać sam do siebie.
Pozdrawiam.
Szczerze mówiąc nie zrozumiałem ale najprościej jak się da odpowiem – nie kocham śmierci i zabijania, i nie czerpię z tego żadnej przyjemności choć muszę akceptować, że ona istnieje z wszystkimi tego skutkami.
Nie zamierzam polemizować z tym, że ktoś lubi śmierć i zabijanie bo wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, niezależnie od tego czy one mi odpowiadają czy też nie. Będę natomiast zawsze polemizował z tym aby ze śmierci i przyjemności czerpanej z zabijania uczynić hasło na sztandary wszystkich myśliwych – to jest hasło dobre na indywidualną chorągiewkę każdego z miłośników zabijania, i tylko na nią.
Pozdrawiam jak zawsze serdecznie
Czyli nie cieszy się Pan po strzeleniu kabana, tylko ogłasza łowiecką żałobę? Zaś parę chwil wcześniej, celując do niego zalewa się Pan łzami, odchyla głowę, umysł krzyczy „nieeee!” i pociąga Pan za spust?
Jeśli tak, to przekonał mnie Pan. Naprawdę. :))))
P.S. CIekawe co na to Pańskie psy. Czy po odnalezieniu postrzałka są nagradzane i się cieszą, czy też daje im Pan chusteczki na otarcie łez? :)))
Pozdrawiam.