Certyfikat dla łowczego – ad vocem

Dajmy; a naprzód dajmy! Sami siebie
Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.
Tarczej niż piersi pierwej nastawiają,
Pozno puklerza przebici macają.

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Jan Kochanowski – Pieśni wyd. 1582 r

Miałem wreszcie pojechać do łowiska na bażanty sprawdzić jak wygląda ich stan po trudnej wiośnie. Zgłosiłem łowczemu, umówiłem się z Maćkiem … a tu jak nie zacznie lać! Zostałem i siadłem do zaległości. Wpadł mi w ręce ciekawy tekst Andrzeja Brachmańskiego z sierpniowego numeru Łowca zatytułowany „Certyfikat dla łowczego”. Autor, przywołując przykład Dolnej Saksonii w Niemczech, postuluje wprowadzenie obowiązkowych kursów dla łowczych kół jako niezbędnego warunku poprawy jakości pracy fundamentu naszego łowiectwa, jakim są koła. Brawo, nareszcie zaczynamy rozmawiać o pracy a nie o imprezach! Spróbujmy jednak popatrzeć na sprawę szerzej bo jest tego warta. Koła łowieckie oraz cały Polski Związek Łowiecki, patrząc jeszcze szerzej, otrzymały w zarząd od Państwa ogromny, trudny do oszacowania majątek na który składa się cała populacja dziko żyjących zwierząt łownych oraz potencjał łowiecki milionów hektarów łowisk. Co więcej, trudno jest oddzielić odpowiedzialność za zwierzęta łowne od pozostałych żyjących na tej przestrzeni. Niezwykle ważnym zadaniem, również realizowanym przez myśliwych, jest budowanie relacji pomiędzy ludźmi a środowiskiem zwierząt wśród których przecież wszyscy żyjemy. Całość zadań realizowanych przez koła łowieckie tworzy wieloelementowy, bardzo złożony układ  którym zarządzanie jest nie tylko bardzo kosztowne ale przede wszystkim bardzo trudne. Kto w naszym imieniu prowadzi ten zarząd? – ano właśnie, zgadzam się z Andrzejem Brachmańskim, że często jeżeli nie zwykle ludzie przypadkowi. Zarządy kół łowieckich odpowiadają za gospodarkę łowiecką na obszarze od kilku do kilkudziesięciu tysięcy hektarów a więc często nie mniejszym niż wielkie przedwojenne latyfundia zatrudniające zawodowych łowczych i personel pomocniczy nad którymi właścicielski, a więc zwykle pieczołowity nadzór sprawowali właściciele. Czy więc, nieśmiały przecież, głos Andrzeja Brachmańskiego nie jest za słaby? Czy nie powinno się kategorycznie określić kompetencji formalnych i praktycznych do bieżącego prowadzenia gospodarki łowieckiej? Czy koła w swoich szeregach znajdą takie osoby czy zmuszone będą je zatrudnić, to już osobna sprawa. Przez wiele lat prowadziłem duże koło i dokładnie wiem ile to kosztuje pracy i jak trudne to jest, z wielu zresztą względów, zadanie.

Ponieważ świat idzie stale do przodu, rzeczy nieustalone z góry, urządzają się same. W łowiectwie nie jest inaczej. Jeżeli nie działa kompetentna koordynacja planów łowieckich w rejonach hodowlanych, jeżeli zarządy kół nie mają dostatecznego potencjału do prowadzenia przemyślanej gospodarki i jeżeli w kreowaniu tej gospodarki nie biorą udziału okręgi PZŁ, to zaczyna się erozja systemu. W miejsce decyzji myśliwych pojawiają się arbitralne decyzje administracyjne (np. zarządzających Lasami Państwowymi) a rola myśliwych sprowadzana jest do realizacji odstrzału i nadzoru nad szacowaniem i opłacaniem szkód łowieckich. Co więcej, mam niestety wrażenie, że istnieje silna tendencja zwiększenia obciążeń finansowych kół np. przez wzrost czynszów dzierżawnych a nie przez zwiększenie wymogów kompetencyjnych – co przecież też kosztuje i to niemało. Łatwiej „drenować” koła z pieniędzy niż zmusić je do wydania pieniędzy na cele które powinny realizować. Z mojego punktu jest to zła tendencja i trzeba się jej przeciwstawić mądrym działaniem a nie głośnym krzykiem, który na dłuższą metę nie może być skuteczny.