Dajmy; a naprzód dajmy! Sami siebie
Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.
Tarczej niż piersi pierwej nastawiają,
Pozno puklerza przebici macają.
Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.
Jan Kochanowski – Pieśni wyd. 1582 r
Miałem wreszcie pojechać do łowiska na bażanty sprawdzić jak wygląda ich stan po trudnej wiośnie. Zgłosiłem łowczemu, umówiłem się z Maćkiem … a tu jak nie zacznie lać! Zostałem i siadłem do zaległości. Wpadł mi w ręce ciekawy tekst Andrzeja Brachmańskiego z sierpniowego numeru Łowca zatytułowany „Certyfikat dla łowczego”. Autor, przywołując przykład Dolnej Saksonii w Niemczech, postuluje wprowadzenie obowiązkowych kursów dla łowczych kół jako niezbędnego warunku poprawy jakości pracy fundamentu naszego łowiectwa, jakim są koła. Brawo, nareszcie zaczynamy rozmawiać o pracy a nie o imprezach! Spróbujmy jednak popatrzeć na sprawę szerzej bo jest tego warta. Koła łowieckie oraz cały Polski Związek Łowiecki, patrząc jeszcze szerzej, otrzymały w zarząd od Państwa ogromny, trudny do oszacowania majątek na który składa się cała populacja dziko żyjących zwierząt łownych oraz potencjał łowiecki milionów hektarów łowisk. Co więcej, trudno jest oddzielić odpowiedzialność za zwierzęta łowne od pozostałych żyjących na tej przestrzeni. Niezwykle ważnym zadaniem, również realizowanym przez myśliwych, jest budowanie relacji pomiędzy ludźmi a środowiskiem zwierząt wśród których przecież wszyscy żyjemy. Całość zadań realizowanych przez koła łowieckie tworzy wieloelementowy, bardzo złożony układ którym zarządzanie jest nie tylko bardzo kosztowne ale przede wszystkim bardzo trudne. Kto w naszym imieniu prowadzi ten zarząd? – ano właśnie, zgadzam się z Andrzejem Brachmańskim, że często jeżeli nie zwykle ludzie przypadkowi. Zarządy kół łowieckich odpowiadają za gospodarkę łowiecką na obszarze od kilku do kilkudziesięciu tysięcy hektarów a więc często nie mniejszym niż wielkie przedwojenne latyfundia zatrudniające zawodowych łowczych i personel pomocniczy nad którymi właścicielski, a więc zwykle pieczołowity nadzór sprawowali właściciele. Czy więc, nieśmiały przecież, głos Andrzeja Brachmańskiego nie jest za słaby? Czy nie powinno się kategorycznie określić kompetencji formalnych i praktycznych do bieżącego prowadzenia gospodarki łowieckiej? Czy koła w swoich szeregach znajdą takie osoby czy zmuszone będą je zatrudnić, to już osobna sprawa. Przez wiele lat prowadziłem duże koło i dokładnie wiem ile to kosztuje pracy i jak trudne to jest, z wielu zresztą względów, zadanie.
Ponieważ świat idzie stale do przodu, rzeczy nieustalone z góry, urządzają się same. W łowiectwie nie jest inaczej. Jeżeli nie działa kompetentna koordynacja planów łowieckich w rejonach hodowlanych, jeżeli zarządy kół nie mają dostatecznego potencjału do prowadzenia przemyślanej gospodarki i jeżeli w kreowaniu tej gospodarki nie biorą udziału okręgi PZŁ, to zaczyna się erozja systemu. W miejsce decyzji myśliwych pojawiają się arbitralne decyzje administracyjne (np. zarządzających Lasami Państwowymi) a rola myśliwych sprowadzana jest do realizacji odstrzału i nadzoru nad szacowaniem i opłacaniem szkód łowieckich. Co więcej, mam niestety wrażenie, że istnieje silna tendencja zwiększenia obciążeń finansowych kół np. przez wzrost czynszów dzierżawnych a nie przez zwiększenie wymogów kompetencyjnych – co przecież też kosztuje i to niemało. Łatwiej „drenować” koła z pieniędzy niż zmusić je do wydania pieniędzy na cele które powinny realizować. Z mojego punktu jest to zła tendencja i trzeba się jej przeciwstawić mądrym działaniem a nie głośnym krzykiem, który na dłuższą metę nie może być skuteczny.


Panie Ciemniewski,
powolujac sie na rewelacje Andrzeja Brachmanskiego w Lowcu polskim, dotyczace „lowczych” w Dolnej Saksonii
radzilbym sprawdzic „u zrodel”, a nie powtarzac za felietonista „organu”, ktory wie, ze dzwonia, ale nie bardzo wie gdzie.
Funkcja ……”Lowczy” – czyli „Berufsjäger”, „Revierjäger”, „Wildmeister” itd…nie ma absolutnie zadnego odbicia w niemieckich
regulacjach prawnych dot. lowiectwa . Ani we federalnym prawie lowieckim, ani w poszczegolnych ustawach krajowych nie ma mowy o tym, ze posiadanie „tytulu” rezultuje jakas szczegolna pozycja. Istnieje profesja „mysliwego zawodowego” ale posiadanie samego certyfikatu „Lowczy” – w tej czy innej (niemieckiej) formie sluzy glownie poprawie samopoczucia nosicieli takich tytulow i ma znaczenie czysto dekoracyjne. Elementem tego folkloru jest malenki ” BDB” – „Zwiazek niemeckich mysliwych zawodowych”.
W Niemczech, na okolo 350 000 polujacych w zawodzie zgodnym z posiadanym tytulem „lowczego” pracuje i wykonuje zadania „zawodowego mysliwego” okolo 1000 osob. To jest praca w wiekszych prywatnych obwodach, lasach, rzadko w zarzadach komunalnych, nieslychanie rzadko – wyjatkowo – w panstwowej administracji lowieckiej. Zawodowy mysliwy w Niemczech jest z reguly odpowiednikiem naszego „pana Jozia” – gospodarza lowiska/straznika lowieckiego. Ladniej ubranym, z dwururka i tytulem ale w zasadzie niczym wiecej.
Byc moze w ciagu 20 – 30 lat dojdzie tam do pewnego „przewartosciowania” i zmany pozycji zawodowego lowczego,
poniewaz jak wykazuja badania socjologiczne, tamtejszy model bedzie mial w perspektywie tego okresu powazne problemy.
Ale na dzien dzisiejszy Pan Andrzej Brachmanski odrobine a nawet bardzo przesadza.
W pelni sie z Panem zgadzam w kwestii potrzeby zwiekszenia kwalifikacji podmiotow uprawiajacych „gospodarke lowiecka”,
zajmujacych sie lowiectwem. Jednak trzeba sobie chyba zdac sprawe z tego, ze w warunkach najlepszego modelu lowiectwa
w Europie czyli w Polsce, profesjonalizacja lowiectwa jest w zasdzie niemozliwa, bez gruntownych zmian „modelowych”.
W tej chwili mamy sytuacje tego rodzaju, iz grupa dyletantow zwaca sie kolkiem lowieckim prowadzi „wildlifemangement”
rekami architektow, lekarzy czasem hydraulikow lub policjantow. Najlepiej jak potrafi. A jak potrafi to z reguly widac.
Sytuacja nie zmieni sie, jesli na czele tej kupy dyletantow postawi sie kogos z tego grona. Mlodsze i starsze lesne dziadki
skladajace sie na te grupe dyletantow nadal beda decydowac o ksztalcie „gospodarki lowieckiej”. A jesli „kwalifikowany lowczy” bedzie „podskakiwac” to sie go wymieni. Naturalnie mozna dywagowac o roznych stopniach wtajemniczenia, czyli certyfikatach etc.
Jednak zasadniczego problemu to nie rozwiaze.
pozdrawiam
daka
Dziękuję za ten komentarz. Nie potrafię ocenić wartości informacji Andrzeja Brachmańskiego ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia ponieważ dla mnie wywołał on temat tabu do tej pory, i to się liczy. Co do jakości zarządzania niemieckimi obwodami i niemieckim łowiectwem w ogóle mam nienajlepsze zdanie ponieważ sama zasada małych obwodów i myśliwych jedynie strzelaczy jest moim zdaniem antyekologiczna. Żaden urzędnik na świecie niczym dobrze nie zarządza a tym bardziej systemem tak skomplikowanym jak łowiectwo. Co do jakości zarządzania polskimi obwodami. Rzeczy pozytywne (wymienię, żeby nie przedłużać) 1. wielka rzesza społecznie zaangażowanych w zadania łowieckie ludzi a tym samym niewielki koszt systemu, 2. budowanie więzi środowiskowych i wszystkiego co się z nimi wiąże, 3. utrwalona tradycja takiej formy gospodarowania, 4. istnienie zarządzanego centralnie systemu nadzoru który stwarza naturalne warunki do wdrożenia właściwych modeli postępowania, 4. system wielkoobszarowej gospodarki jest zgodny z logiką gospodarki populacjami a nie osobnikami. Rzeczy negatywne; 1. słabość centrum systemu wynikająca m.in. z kryteriów doboru merytorycznego i oparcie ich jedynie o mechanizmy „demokratyczne”, 2. słabość nadzoru właścicielskiego ze strony Państwa, które nie buduje oczekiwań ani wymagań merytorycznych w stosunku do PZŁ, 3. bardzo słabe osadzenie bieżących decyzji w wiedzy, 4. brak systemu szkolenia członków PZŁ w jakimkolwiek wymiarze, w tym brak systemu szkolenia kadry zarządzającej kół łowieckich, 5. brak jakichkolwiek wymagań merytorycznych w stosunku do kadry zarządzającej kołami, 6. brak jakichkolwiek kryteriów oceny jakości zarządzania kołami. Tych minusów ale i plusów można by zapewne znaleźć więcej. Generalnie, moim zdaniem system wymaga gruntownego remontu ale nie burzenia czy „rozwalania” jak chcą niektórzy.
Pozdrawiam i zachęcam do dyskusji bo temat jest niezwykle ważny, aktualny i ciekawy.
No wiec prosze Pana, pislalem powyzej o „zasadniczym problemie”. Pan ten problem ujal jako glowna zalete najlepszego modelu
lowiectwa w Europie.
„1. wielka rzesza społecznie zaangażowanych w zadania łowieckie ludzi a tym samym niewielki koszt systemu, ”
– Wie Pan, w czynie spolecznym kiedys probowano zbudowac PRL. Wyszlo jak musialo wyjsc. Czy uda sie w ten sposob stworzyc jakisefektywny system ” lowiectwa ” ?.
Ten hobby – mysliwy, fundament systemu opartego na spolecznym zaangazowaniu – zawsze pozostanie hobby – mysliwym. I uprawiac bedzie hobby w ramach spedzania wolnego czysu. Czy jako „certyfikowany” lowczy, czy lowczy bez certyfikatu, czy tez szeregowy czlonek kola. Czy to hobby nazwiemy po imieniu – sposobem na nude w weekendy – czy tez z nadeciem pisac bedziemy o zyciowej pasji.
Sa granice w odniesieniu do tego „typu” mysliwego, ktorych nie da sie przekroczyc – szczegolnie nakladajac obowiazki, czy egzekwujac odpowiedzialnosc. Ten mysliwy realizuje swoja pasje na wlasny koszt i kosztem wlasnego czasu.
O tym sie zapomina …..
– Po drugie
ta „wielka rzesza polskich spolecznikow – mysliwych, wcale nie jest wielka. Zdjecie konskich okularow i rozejrzenie sie poza granicami naszego mysliwskiego grajdolka nad Wisla moze dac wyobrazenie o tym, ze „wielkosc” jest pojeciem wzglednym.
– Po trzecie wreszcie
Czy zawsze uwaza Pan ze „tanie” jest dobre…..?
pozdrawiam
daka
Wie Pan, Panie Ciemniewski,
Napisalem powyzej o „zasadniczym problemie”
– „zasadniczym problemem” jest to, ze lowiectwem zajmuje sie i ponosi odpowiedzialnosc grupa hobbystow….
Pan to ujal w pierwszym punkcie jako jedna ze zalet najlepszego modelu lowiectwa w Europie, piszac:
„1. wielka rzesza społecznie zaangażowanych w zadania łowieckie ludzi a tym samym niewielki koszt systemu”
– Po pierwsze w czynie spolecznym budowano kiedys PRL. Wyniki sa znane. Przy calym szacunku dla spolecznie angazujacych sie
w „gospopdarke lowiecka”. To jest mydlenie sobie i innym oczu. Rzeczywistosc narzuca oczywiste, indywidualne priorytety (praca, rodzina etc.) i determinuje granice i zakres zaangazowania. Dodatkowo realizacja „zadan lowieckich” odbywa sie na wlasny koszt i
kosztem wlasnego czasu. Wyegzekwowanie jakiejs szerszej odpowiedzialnosci jest w tym ukladzie iluzorycznym.
Oczywista oczywistosc wydawaloby sie. Jednak to nie dociera ani do decydentow ani „pod strzechy” – czyli pod zielone kapelusiki
z piorkami….
– Po drugie – ta „wielka rzesza”. Wcale nie jest wielka – prosze bez konskich okularow rozejrzec sie za rubiezami najlepszego modelu
lowiectwa w Europie….i odpowiedziec sobie na pytanie – dlaczego ta – podobno – „wielka rzesza” jest akurat w tym najlepszym modelu w Europie – a byc moze i pod sloncem – raczej malenka….
– Po trzecie wreszcie – „taniosc” nie jest kryterium jakosci. To ze system generuje niskie koszty – spoleczne i w indywidualnym zakresie dla uprawiajacych polowanie – wcale nie jest, nie musi byc zaleta dla calego systemu. W ten sposob mozemy udowodnic wyzszosc Fiata 126p nad Mercedesem klasy S. Ale kompleksowe zerkniecie na problematyke, nie przesloniete rondem zielonego kapelusika z piorkiem uwidacznia, ze „auto jest jakie jest”
Byc moze w Panskim odczuciu Andrzej Brachmanski naruszyl jakies „tabu” piszac o niskim poziomie wiedzy i profesjonalnosci
uprawiajacych „gospodarke lowiecka” hobbystow w zielonych kapelusikach z piorkami. Byc moze. Ale specjalna tajemnica to
nie jest i nie bylo.
Druga sprawa to „zarzadzanie” . Chetnych do „zarzadzania” jest cala masa. Z odpowiedzialnoscia, przejeciem odpwiedzialnosci
jest duzo gorzej. Z tego wzgledu wiekszosc deklaracji i pomyslow z „zarzadzaniem” to w gruncie rzeczy puste frazesy i
pobozne zyczenia.
Kwestia posiadania, nabycia wiedzy, kwalifikacji przez uprawiajacych „gospodarke lowiecka” jest swego rodzaju dylematem –
nie tylko w naszych, nadwislanskich, szerokosciach. Umiejetnosc ukatrupienia jakiegos zwierzaka przy pomocy dwururki stanowila onegdaj jedno z glownych kryteriow „bycia mysliwym”. Dzis to nie wystarczy i Pan Brachmanski specjalnego odkrycia w tym kontekscie nie zrobil. Naruszajac byc moze jakies tabu, ale tylko na lamach „organu”, ktorego zadaniem jest przekonanie
czytelnikow, ze polski mysliwy jest „the best”.
Czy jego recepta w postaci proby uregulowania tego problemu przy momocy srodkow „administracyjnych” okaze sie sluszna,
to sie predzej czy pozniej okaze….
W kazdym badz razie nie jest to jedyna opcja….
PS
Napisal Pan:
„Żaden urzędnik na świecie niczym dobrze nie zarządza a tym bardziej systemem tak skomplikowanym jak łowiectwo”
Czy z tego wzgledu uwaza Pan, ze lepszym rozwiazaniem jest „zarzadzanie” realizowane przez hobby – dyletantow w ramach
spedzania wolnego czasu ?
pozdrawiam
daka
Szanowny Panie,
szczerze mówiąc zupełnie się z Panem nie zgadzam a skala różnic jest taka, że polemika jest trudna a nawet niemożliwa. Problem też w tym, że nie wyczuwam w Pana opiniach nawet śladu myślenia pozytywnego – po prostu wszyscy są kiepscy, wszystko działa źle itd. Jeżeli celem wymiany poglądów jest szukanie jak najlepszego rozwiązania – to go szukajmy, jeżeli celem jest dołowanie „przeciwnika” w każdy możliwy sposób to miejsca na rzetelną wymianę poglądów nie ma. Mam natomiast kilka propozycji. Po pierwsze zachęcam do odejścia od tonu typu „organ”, „chłopcy w zielonym kapelusiku”, „dyletanci” itp. Jeżeli chcemy poważnie przedstawić swoje poglądy to szanujmy siebie nawzajem. Jeżeli np. chce mi Pan powiedzieć, że 1 milion włoskich myśliwych wykonuje większą pracę na rzecz swojego środowiska niż 114 tys. polskich to mogę się tylko uśmiechnąć. Zachęcam do zarysowania Pana własnych poglądów na temat przyszłości czy optymalizacji polskiego łowiectwa. To, czy ja się z tymi poglądami zgadzam czy nie jest rzeczą drugorzędną ponieważ pisząc na szerszym forum zwraca się Pan nie tylko do mnie ale też do wielu czytelników Pana tekstu. Może ktoś się z Panem zgodzi? Na koniec parę istotnych pytań pozwalających lepiej zrozumieć Pański sposób myślenia – czy Pan poluje?, jeżeli tak, to czy pełnił Pan w kole jakiekolwiek funkcje w zarządzie?
Pozdrawiam
PS.
Sorry za podwojny komentarz…..prosze skasowac ten ktory panu mniej odpowiada.
pozdr
Pozwole sobie strescic moje poglady przez przytoczenie – w wolnym przekladzie – czegos co napisal zmarly kilka lat temu profesor
Müller z Niemiec – naukowiec, ekolog, mysliwy:
” o istnieniu lowiectwa w dzisiejszej formie zadecyduje w przyszlosci wiedza, profesjonalizm mysliwych oraz zdolnosc do (krytycznej) refleksji zjawisk zachodzacych w otaczajacych ich spoleczenstwie i swiecie”
Na ten temat mozna naturalnie dyskutowac. Dlugo dyskutowac.
Druga sprawa, to kwestia odrobiny dystansu i autoronii – dotyczy „organu”, „buca w zielonym kapelusiku z piorkiem”, „dyletanta”.
Nadecia wlasna „waznoscia”, karykaturalnego nieraz wrecz celebrowania tradycji czy nieistniejacej elitarnosci srodowiska.
Wyobrazam sobie ze dla czesci srodowiska zapatrzonej w mysliwski pepek tego rodzaju podejscie jawi sie herezja. W najlagodniejszym przypadku prowokacja. Kwestia polega jednak na tym czy potrafimy sie sami z siebie smiac i czy
starczy nam odwagi na krytyczna refleksje tego do widzimy, postrzegajac wlasne – mysliwskie – srodowisko w zwierciadle naszych
czasow.
Wiekszosc nie potrafi i Pan nie jest tu wyjatkiem. Ale to jest kwestia gustu.
Wie Pan, zeby zobrazowac problem, ktory Pan poruszyl – tj. kwalifikacji lowczych, szerzej mysliwych – pozwole sobie przytoczyc
pewien przyklad. ZO PZL we Wroclawiu opublikowalo w internecie program szkolen dla nowo wstepujacych. Mozna tam przeczytac,
ze adeptow oczekuje 7 godzin zajec na temat etyki, tradycji, chrzescijanskich wartosci w lowiectwie. Z udzialem kapelana naturalnie.
O chorobach zwierzyny lownej adepci ucza sie cale trzy godziny.
To jest codziennosc i otaczajaca nas rzeczywistosc. Pan tez w niej tkwi.
Z mojej strony widze ten program kursu dla nowowstepujacych bardzo pozytywnie. To jest na skale europejska unikalne podejscie.
Wzor do nasladowania. Przyszly mysliwy nie musi wiedziec czym sie moze zarazic od zwierzyny. Wystarczy, ze bedzie wiedzial
do kogo ma sie w takim przypadku pomodlic.
Czy zgadza sie Pan z moja opinia ?.
Ciekaw jestem.
Pisze Pan, ze brak w tym, co ja pisze „myslenia pozytywnego”. Czyli rozwiazan, a nie tylko wskazywania problemow, czy krytyki.
I raczej tego „myslenia pozytywnego” – lub inaczej – gotowych recept – nie znajdzie. Z mojego punktu widzenia mamy dostateczna ilosc „znachorow”, doktorow innych zajmujacych sie „leczeniem” objawow i skutkow. Po co jeszcze jeden ?
Dla mnie jest zupelnie wystarczajacym jesli ten czy ow mysliwy (podobno okreslenie pochodzi od czasownika „myslec”) sie
nad tym czy innym problemem, postawionym w zupelnie luznej formie, odrobine zastanowi. O ile potrafi
Ot chociazby nad tym programem kursu dla nowowstepujacych w ZO we Wroclawiu. I tym co pisze Pan Brachmanski tez.
daka
PS.
1. poluje
2. nie bylem, nie jestem (i chyba nie bede) czlonkiem zadnego kola. Czyli funkcyjnym tez nie.
Cieszę się, że jednak posuwamy się do przodu. Co do opinii prof. Mullera – zgoda w całej rozciągłości ale jest to opinia którą podobnie skutecznie można przyłożyć do wszelkich form ludzkiej aktywności. Dla mnie osobiście przyszłość polskiego łowiectwa wiąże się ze zdolnością do przebudowy „centrum” rozumianego jako centralne i okręgowe struktury PZŁ. Powtórzę jeszcze raz – struktura polskiego łowiectwa kryje wielkie możliwości zarządzania budowanego na wiedzy i praktyce. Trzeba oczywiście odejść od modelu budowanego wokół kultury rozumianej jako sztandary, mundury, imprezy, sygnały i inne symbole na rzecz modelu gdzie kulturę rozumie się przez nowoczesne planowanie i gospodarowanie łowiskami a sztandarowo-imprezowa część kultury jest tylko ozdobnikiem całości działań i elementem marketingu. Dlaczego tak ważna jest zmiana centrum?, ponieważ łatwiej przebudować struktury PZŁ niż zmienić jakość ludzi na dole – to jest proces na dziesięciolecia i oczywiście nie dotyczy tylko łowiectwa.
Co do „buca w kapeluszu z zielonym piórkiem” itp. – Szanowny Panie, to nie jest kwestia zdolności do autoironii tylko smaku właśnie. Proszę pamiętać, że pisząc tak o 114 tys. ludzi jest Pan, delikatnie mówiąc, nieelegancki a co więcej obraża Pan tych którzy są potencjalnym partnerem do rozmowy. Są określenia które opiszą podobnie problem jakości dużej części środowiska a nie wyzwalają złych emocji. Gdyby Pan trochę poczytał teksty na mojej stronie to łatwo zauważy Pan, że nie cofam się przed krytycznymi uwagami i daleki jestem od zachwalania rzeczywistości łowieckiej w której żyję.
Co do jakości kursów dla nowo wstępujących do PZŁ – muszę się z Panem zgodzić, są na niskim poziomie ale to jest jeden z tych elementów systemu który kształtują ludzie. Szukajmy dobrej jakości ludzi do zarządzania łowiectwem a będzie coraz lepiej. Jeżeli tego nie zrobimy będzie tak jak jest.
Cieszę się, że Szanowny Kolega poluje. Zachęcam jednak do wzięcia się z bykiem za rogi. Łatwo narzekać i toczyć papierowe boje, trudniej stanąć do pracy w zarządzie i zmierzyć się z realną rzeczywistością. Można pokazać innym jak powinno być a przy tym lepiej zrozumieć problem – zachęcam. W łowiectwie naprawdę brakuje ideowych i wartościowych ludzi – zresztą jak zapewne wszędzie.
Pozdrawiam
Panie Zbigniewie, pozwole sobie zacytowac :
„Co do opinii prof. Mullera – zgoda w całej rozciągłości ale jest to opinia którą podobnie skutecznie można przyłożyć do wszelkich form ludzkiej aktywności. ”
Wie Pan, mnie (i nie tylko mnie) interesuje cholernie dlaczego ta opinia jest tak malo wiazaca akurat w przypadku mysliwskiej
aktywnosci. Ze zrozumialych wzgledow. Jako jednego z polujacych.
Znowu cytat: (wrodzone lenistwo)
„Co do “buca w kapeluszu z zielonym piórkiem” itp. – Szanowny Panie, to nie jest kwestia zdolności do autoironii tylko smaku właśnie. Proszę pamiętać, że pisząc tak o 114 tys. ludzi jest Pan, delikatnie mówiąc, nieelegancki a co więcej obraża Pan tych którzy są potencjalnym partnerem do rozmowy. Są określenia które opiszą podobnie problem jakości dużej części środowiska a nie wyzwalają złych emocji. Gdyby Pan trochę poczytał teksty na mojej stronie to łatwo zauważy Pan, że nie cofam się przed krytycznymi uwagami i daleki jestem od zachwalania rzeczywistości łowieckiej w której żyję.”
Znam – wlacznie z moja skromna osoba – co najmniej dwoch mysliwych, ktorzy za tych „bucow w zielonych kapelusikach z piorkami”
na pewno sie nie obraza – http://bucewzielonych.blogspot.de/2013/06/dlaczego-buce-w-zielonych-kapelusikach_16.html
Zdanie pozostalych 116 151 osob zajmujacych sie polowaniem w tym kraju – moze byc na ten temat rozne. Rowniez calkowicie odmienne. Zgadzam sie z Panem w zupelnosci. Gusta i smaki sa rozmaite.
Wie Pan, o krolu mozna powiedziec, ze nie jest ubrany, ze jest nagi, czy tez …ze swieci gola doooopa (za przeproszeniem). Niewazne. Jesli postronny obserwator zacznie sie w tym momencie zastanawiac nad stanem garderoby wladcy to bedzie ok.
Jesli nie – trudno.
pozdrawiam
daka
Weszliśmy w wysoki poziom abstrakcji. Zajrzałem pod wskazany przez Kolegę adres – tam jeszcze większy poziom abstrakcji. Ciągle nie mogę się nadziwić dlaczego ludzie, którzy nie mają nic do powiedzenia, i co więcej, nie potrafią powiedzieć, ciągle chcą coś mówić. To mnie naprawdę szczerze zdumiewa. Proszę pozdrowić ode mnie kolegów.