Wysłane do ŁP w odpowiedzi na artykuł Redaktora Pawła Bombika

Zachęcony „wstępniakiem” (ŁP 7/2014) Redaktora Pawła Gduli do dalszego ciągu rozmowy o certyfikacji psów użytkowych, rozpoczętej artykułami w czerwcowym Łowcu, siadłem do pisania. Chcę odnieść się do tez zawartych w artykule Redaktora Pawła Bombika.

Generalna teza Autora jest taka, że wszelka certyfikacja psów do polowania jest zbędna, ponieważ to rolą myśliwego jest dokonanie wyboru z jakim psem poluje, niezależnie czy jest to kundel czy pies rasowy. Ważne jest, czy pies spełnia w łowisku zadanie do którego został przeznaczony. Autor, odrzucając sposób zarządzania kynologią realizowany przez Czechów, Słowaków czy Niemców, podaje jako przykład godny naśladowania reguły, a w zasadzie, jak twierdzi brak wiążących hodowców i myśliwych reguł, w krajach takich jak Anglia czy Stany Zjednoczone. Podaje przykład polowań w Anglii na których do aportowania używano bokserów i owczarków, jak należy sądzić, z dobrym skutkiem Zgodnie z przekonaniem autora, dzięki brakowi ingerencji w system doboru psów do polowania i hodowli w tych krajach mamy obecnie wspaniałe rasy myśliwskie tam wyhodowane. Co więcej, Redaktor Bombik podaje przykłady prób tworzenia nowych ras w Stanach Zjednoczonych poprzez np. skrzyżowanie labradora z wyżłem, co ma doprowadzić do powstania psa łączącego zalety obu tych ras. Przywołuje też przykłady ras myśliwskich stworzone w ostatnich czasach jako efekt tej twórczej swobody w działaniu hodowców anglosaskich. Jednym słowem, niekoniecznie rodowodowe i niekoniecznie certyfikowane, ale za to samodzielnie wybrane przez myśliwych i przez nich praktycznie oceniane, tak można by w skrócie podać intencję Autora. Mocno postawiona teza – pytanie tylko czy prawdziwie?

Anglicy mają rzeczywiście talent do tworzenia wyjątkowych ras psów czy koni – pytanie tylko, po co oni te rasy wyhodowali, skoro prościej jest pozwolić iść każdemu swoją drogą, wtedy ponoć ma być najlepiej. Kolega Bombik zapomniał powiedzieć, że w Anglii nie ma kundli, tam po prostu wszystkie psy są rasowe. Jeżeli chcę mieć psa na kanapę kupuję yorka, jeżeli psa do dużego pola, to kupuję pointera – dlaczego?, bo po prostu tak jest lepiej i wszyscy to wiedzą. Wiedzą bardzo dobrze, że jeżeli ktoś przez wiele lat a czasem dziesięcioleci i pokoleń selekcjonował psy pod kątem konkretnych cech potrzebnych w łowisku, to chałupnicze krzyżowanie nie ma najmniejszej szansy dać lepszego rezultatu. Anglicy po prostu mają talent do hodowli, wielkie w niej doświadczenie i dokładnie rozumieją o co w tym wszystkim chodzi. Jest jeszcze jedna wielka różnica pomiędzy krzyżowaniem psów nierasowych z rasowymi czy odwrotnie w Polsce a opisanym postępowaniem Anglików czy Amerykanów – tamci próbują tworzyć nowe rasy pod swoje potrzeby a my próbujemy za tanie pieniądze, na boku rozmnażać cudzy dorobek hodowlany, na doraźnie rozumianą potrzebę i to jedynie potrzebę własną. Jedyna znana mi próba stworzenia rasy polskiego wyżła przez Kazimierza Tarnowskiego załamała się pod wpływem niechęci środowiska kynologicznego i braku wsparcia Związku Łowieckiego. Zwykle widziane w polskich łowiskach psy rasy home made to czyste, przypadkowo dobrane i fatalne użytkowo kundle.
Marzy mi się konkurs, na którym z jednej strony w szranki staną wyżły niemieckie czy brytyjskie z certyfikatami użytkowości czy dyplomami z konkursów a z drugiej, najlepsze wielorasowe krzyżówki rodem z polskiego łowieckiego interioru – o efekt jestem spokojny. Siłą tych wspaniałych ale nie certyfikowanych w żaden sposób psów, z którymi często spotykam się w łowiskach, jest głęboka wiara ich właścicieli, mocno związana z zupełnym brakiem wiedzy o tym, jak pies powinien pracować i czego od niego można oczekiwać. Autor artykułu zagłosował zresztą sam – poluje z wyżłem brytyjskim a artykuł okrasił zdjęciami nie wielorasowych pokrak tylko pięknymi psami z rodowodem, jak sądzę.

Jest jeden wątek przewijający się stale i mocno przez artykuł Redaktora Bombika – tym wątkiem jest teza, że model kynologii anglosaskiej a więc swobodnego, samoczynnie regulującego się rynku jest optymalnym rozwiązaniem. Popatrzmy na sprawę w pełnym wymiarze a nie tylko przez lupę zafundowaną przez Redaktora. W anglosaskim świecie – zgodnie z regułą swobodnych decyzji obywateli, jako podstawy społecznej aktywności i kreatywności zarazem, związano łowiectwo z własnością ziemi, lista organizacji łowieckich z trudem mieści się na 3 kartkach maszynopisu a decyzje o wielkości odstrzału podejmują właściciele ziemscy lub urzędnicy. Czy to jest dobry model dla Polski – śmiem wątpić i to ze 100 różnych powodów. Zrewanżuję się Autorowi za obszerne czerpanie z zasobów demagogicznych argumentów związanych ze służbą zdrowia, lornetkami, ślimakami itp. – po co w takim razie egzaminować ludzi przyjmowanych do PZŁ?, po co kołom łowieckim struktury powyżej?, skoro ich praktyczny wpływ na realne łowieckie życie jest omal niewidoczny a reguły prawa, organizujące polowanie powstają na biurkach urzędników? Przypomina mi się sławny kawał o bacy, który siedząc na gałęzi tnie ją z zapałem piłą i rozumie ostrzeżenia przechodnia dopiero po skutecznym zakończeniu cięcia.

Po co certyfikacja psów do polowania, przecież, jak twierdzi Autor „…. kynologia łowiecka opiera się bowiem na przyjemności czerpanej ze współpracy między człowiekiem i jego czworonożnym przyjacielem – przyjemności czerpanej przez obie strony. Sukces, a tym bardziej sukces mierzony osiągnięciami sportowymi, jest sprawą drugorzędną. ….”. Problem tylko w tym, że Kolega Redaktor nie rozumie czemu certyfikacja psów do polowania ma służyć. W Polsce, w przeciwieństwie do Anglii, gdzie strzela się ponad 20 milionów bażantów (tak, tak!!), polowanie nie jest formą sportu strzeleckiego właścicieli ziemskich, którzy owe 20 milionów bażantów wcześniej wypuścili w łowisko. W Polsce myśliwy poluje na wspólnym gruncie i na zwierzynę finansowaną nie z prywatnej kieszeni ale będącą wspólną własnością nas wszystkich. Podstawową powinnością każdego polującego, również jednym z podstawowych elementów etyki łowieckiej, jest użycie wszelkich sposobów, w tym skutecznie pracujących psów, aby tej wartości nie marnotrawić. W Polsce polowanie, na szczęście, nie jest formą sportu, tak jak to postrzegają Anglicy, a zadaniem realizowanym na zlecenie Państwa Polskiego w stosunku do środowiska naturalnego będącego naszą wspólną odpowiedzialnością. Polowanie w Polsce jest elementem budowania relacji człowieka ze środowiskiem a więc zadaniem z zakresu ekologii a nie zabawą szlachetnie urodzonych.
Anglia i Stany Zjednoczone to kraje wielkich kontrastów i z pewnością są miejsca gdzie do aportu zwierzyny używa się bokserów i owczarków a na wyścigi konne jedzie się z konikiem polskim, tak jak mieszka się w Harlemie czy „na” Greenpoincie lub przeciwnie w luksusowych apartamentach Manhattanu czy Chelsea. Osobiście radziłby Panu Redaktorowi, jeżeli zdarzy się okazja zapolować w Anglii, nie brać ze sobą owczarka czy boksera – Anglicy to ludzie bardzo uprzejmi ale do dobrego towarzystwa droga może się zamknąć na zawsze.

Wreszcie, odchodząc od psich tematów ale nie od naszej wirtualnej dyskusji – podziwiam od zawsze Anglików za ich kreatywność, skuteczność i wiele innych cech które uczyniły ich liderami naszego świata. Co w nich imponuje mi przede wszystkim? Tym czymś jest umiejętność oparcia zasad społecznego funkcjonowania o proste, przejrzyste i dotrzymywane za wspólną zgodą reguły. Jedną z tych reguł jest zasada fair play, która zakłada, że zawsze chcemy dobrego rozwiązania, że zawsze szukamy najlepszych idei i najlepszych ludzi, dając im szansę przed gorszymi.

Na sam koniec wreszcie, muszę poświęcić dwa słowa komentarzowi Redaktora Pawła Gduli w lipcowym numerze Łowca ponieważ w tym komentarzu podniesiony został niezwykle ważny i ciągle powracający w dyskusji element – przymus wprowadzenia certyfikacji psów do polowania jako ciemna, inkwizycyjna omal cecha proponowanych rozwiązań.

Prawie połowę życia pracuję na uczelniach jako wykładowca i na co dzień mam okazję oglądać jak działa edukacja w praktyce, a działa bardzo prosto – wykłady, ćwiczenia, seminaria, praca własna a potem zaliczenie i egzamin. Tak zdobywa się wiedzę, tak weryfikuje się efektywność nauczania i skuteczność pracy własnej studenta. Wyobraźmy sobie uczelnie bez egzaminów i zaliczeń – czy, poza garstką prawdziwych pasjonatów obszaru którego studiowania się podjęli, ktokolwiek, choćby przez minutę pochyli się nad książką? Niech każdy odpowie sobie sam. Nie ma rozwoju, nie ma postępu i nie ma wykształcenia bez pracy i bez sprawdzonych sposobów oceny jej skuteczności. Tak było przez wieki, tak jest i teraz. Zaliczenia i egzaminy tworzą jeszcze jeden ważny element każdego szczebla edukacji – określają standardy. Zdobyta ocena czy punktacja pokazują jaki jest nasz potencjał, jaką rolę możemy grać realizując zadania wspólnoty. Nie inaczej jest z kynologią łowiecką. Bez szkolenia, bez pracy własnej przewodników i ich psów ale przede wszystkim bez praktycznej weryfikacji włożonego w szkolenie wysiłku nigdy nie będziemy potrafili określić skuteczności zespołu pies-przewodnik. Zespół ten z kolei nigdy nie pozna swojej prawdziwej wartości bez konfrontacji z wymaganiami sędziów i konkurentami. To jest prosty mechanizm od którego nie ma ucieczki jeżeli oczywiście myślimy pozytywnie.
Z tekstów broniących niczym nie skrępowanego decydowania o tym z jakimi psami możemy polować zawsze można wyczytać, czasem trochę między wierszami, że walkę o certyfikację psów myśliwskich prowadzi trochę nawiedzona ale nieliczna grupa kynologów, mająca do sprawy podejście nieco oderwane od realnej rzeczywistości. Taka sobie grupa jeźdźców na koniach atakujących pikami przydrożne wiatraki. Popatrzmy jednak co o sprawie myślą myśliwi i ich przedstawiciele. Proste fakty – uchwały trzech ostatnich Krajowych Zjazdów Delegatów (15 lat historii tworzenia zasad funkcjonowania PZŁ, na najwyższym, „sejmowym” poziomie), w rozdziale kynologia wskazywały jednoznacznie, już w punkcie pierwszym, konieczność zbudowania systemu szkolenia psów myśliwskich w Polsce. Powtórzę – systemu. Zapytam bardzo uprzejmie – gdzie jest ten system? To jest klasyczny przykład sytuacji gdzie wykładowca rozpisał tematy do przerobienia, wyszedł z sali i już do niej nie powrócił, a studenci wzięli sprawy w swoje ręce ………. . Dokładnie tak samo skończy się czekanie na to, aż ludzie wybiorą dobre psy i tylko z takimi będą polowali. Przykład kolejny – zapytano, zresztą bardzo tajnie i poufnie, wszystkie zarządy okręgowy o ich opinię na temat proponowanej uchwały NRŁ dotyczącej certyfikowania psów do polowania. Z tego co wiem, większość odpowiedziała pozytywnie a negatywne opinie przyszły z tych zakątków naszego kraju gdzie kynologią łowiecką nikt się nie zajmuje, bo po co – ludzie sami wiedzą co jest dla nich dobre.