Pszczoły – miara katastrofy ekologicznej we współczesnej Europie

Ostatnio trochę mniej czasu poświęcałem stronie ale w tym tygodniu dotarła do mnie kilkakrotnie informacja, której nie mogę „odpuścić”. Za pośrednictwem różnych audycji radiowych usłyszałem, z pewnym zdziwieniem, że pszczelarze przenoszą swoje ule na tereny miast, opuszczając przestrzenie wiejskie jako niebezpieczne dla pszczół. Redaktorzy przekazali informację, że na terenie Warszawy, na dachach różnych budynków, umieszczono do tej pory 400 rodzin pszczelich. Podobne informacje docierają z Krakowa i innych miast. Kilka tygodni wcześniej czytałem, że w niektórych nadleśnictwach północnej Polski rozpoczęto pilotażowy program restytucji pszczół w lasach. Jakie znaczenie mają te, pozornie nieważne i drobne informacje? Mają i to wielkie.

W czerwcu 2015 miałem okazję wygłosić, w czasie jubileuszowych Intelektualiów Łowieckich referat pt.   Czym powinno być łowiectwo we współczesnej Europie.  Spotkanie odbyło się na zaproszenie ówczesnego Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, w Zameczku Myśliwskim w Wiśle. Tamte czasy mocno nie sprzyjały przedstawionemu wtedy przeze mnie obrazowi łowiectwa, i nie tylko łowiectwa ale niewiele wody musiało w Wiśle upłynąć, aby okazało się, że poprawność polityczna na dłuższą metę nie ma szans w walce z oczywistymi faktami. Co to ma wspólnego z poczciwymi ale niestety wymierającymi pszczołami? Ano ma. W Wiśle mocno mówiłem o katastrofie ekologicznej na niespotykaną skalę, którą zafundowało nam współczesne rolnictwo, katastrofie wokół której panuje jakaś dziwna zmowa milczenia. Powtórzę w skrócie. Tereny rolnicze Europy, a więc 50% jej powierzchni, zamieniane są od kilkudziesięciu lat w pustynię ekologiczną za pomocą tysięcy ton środków chemicznych zwalczających „szkodliwe” owady czy rośliny. Liczące czasem setki hektarów monokultury pszenicy czy kukurydzy nie dają szansy na życie „szkodnikom” ale również niszczą w sposób pośredni cały świat roślin i zwierząt funkcjonujących w normalnym, czyli zróżnicowanym ekosystemie. W prosty sposób dotyczy to również zwierząt łownych. Ginął bażanty, kuropatwy i zające. Mnożą się natomiast w trudny już do kontrolowania sposób dziki czy jelenie.

Kupowałem ostatnio środki ochrony dla mojego niewielkiego sadu i z pewnym zdziwieniem zobaczyłem, w pięknie i bogato wydanej broszurze, jednego z największych na świecie producentów środków chemicznych ochrony roślin informację – „użycie na wyłączną odpowiedzialność kupującego”. Sprzedajemy więc bez żadnej kontroli, dowolne ilości koncentratów substancji o wielkiej toksyczności, którą każdy z milionów europejskich rolników może zalać swoje pola i sady, a potem umywamy ręce od odpowiedzialności za skutki ich działania? Po prostu nie do wiary!

Na tle tej dramatycznej sytuacji warto spojrzeć na aktywność rodzimych i europejskich „zielonych ekologów”. Czym oni się zajmują? Przeszkadza im łowiectwo czy wycinane w Puszczy Białowieskiej, ginące świerki, a nie przeszkadzają rzeźnie, w których mordowane są miliony zwierząt, rolnicy zalewający tysiącami ton toksycznych substancji świat w którym żyjemy czy niszczące mechanicznymi urządzeniami wszelkie życie kolejne sianokosy czy żniwa? Dlaczego tak? Odpowiedź jest prosta – pieniądze, dużo pieniędzy, a nawet bardzo dużo pieniędzy w portfelach wielkich producentów żywności, nawozów, środków ochrony roślin, maszyn rolniczych. Eko-biznes to nie dbanie o nasze bezpieczeństwo. Eko-biznes to sposób na zarabianie pieniędzy, na robienie nam wody z mózgu, na pokazywanie nieprawdziwego obrazu rzeczywistości, co przecież służy przede wszystkim ukrywaniu obrazu prawdziwego. Mieszanina chciwości, braku przyzwoitości i krótkowzroczności tak charakterystyczna dla naszej epoki.

Poczciwa pszczoła, w pocie czoła pracująca nad praktyczną bioróżnorodnością naszego środowiska wzięła ostatnio na swoje wątłe barki jeszcze jeden ciężar. Może najważniejszy i najtrudniejszy do udźwignięcia. Ciężar uprzytomnienia nam wszystkim, jak niewiele zostało już do przecięcia tej gałęzi, na której przecież wszyscy siedzimy.