” K a ż d y ł o w i e c m a t a k i e g o p s a , n a j a k i e g o z a s ł u g u j e ; prawidłowy, wytrawny myśliwy będzie miał dobrze ułożonego, inteligentnego wyżła dowodnego, laik zaś (choćby się sam za wielkiego miał nemroda i świetnie umiał strzelać), nerwowego, zepsutego, nieposłusznego bałamuta. T a k b y ł o z a w s z e , t a k j e s t o b e c n i e i t a k t e ż p o z os t a n i e w p r z y s z ł o ś c i . „
Ks. Ludwik Niedbał
Myśl znanego przedwojennego, zmarłego w 1937 r., polskiego kynologa zaczerpnięta przeze mnie ze strony hodowli Wunderfeld, http://www.dk-wunderfeld.pl/, niech będzie mottem dla tego tekstu. O czym chcę pisać tym razem? W ostatnim czasie sporo polowałem na kaczki i polowania te oraz różne na nich zdarzenia przywołały obrazy z bliższej i dalszej przeszłości, z obszaru, żeby to w skrócie powiedzieć – jak korzystamy z wyżła i jak to korzystanie praktycznie postrzegamy. Nie szkolenie czy wymagania konkursowe będą przedmiotem moich rozważań, zajmę się tym jak na wykorzystanie wyżła patrzą decydenci oraz ci myśliwi, którzy wyżła nie posiadają – czyli niestety znaczna większość. Przywołam obraz z jednego z niedawnych polowań. Było tak. Polujemy na rozległym stawie, myśliwi rozstawieni na groblach. Koniec pędzenia, zbieramy strącone kaczki. Na jednej z grobli stoi młody (około 30 lat) myśliwy, który strącił w tym pędzeniu 4 , jak twierdzi, kaczki. Przychodzi do niego 2 kolegów z wyżłami, koledzy pod 60-tkę. Młody człowiek wskazuje miejsce gdzie upadły kaczki z jednej strony grobli – rusza pies jednego z kolegów i skutecznie przynosi wszystkie 3, w tym dwa postrzałki. Na wskazane miejsce upadku kolejnej kaczki, z drugiej tym razem strony grobli, rusza drugi ze starszych myśliwych. Informacja którą otrzymał brzmi – kaczka leży daleko, w tamtej kępie i nie da się jej podnieść??!, ale jest to na pewno kaczka martwa. Rusza drugi pies. Ponieważ dystans był rzeczywiście duży, a woda do połowy uda, przewodnik w końcu rusza w staw aby pomóc psu. Pies dochodzi do wskazanego miejsca, buszuje szeroko i kaczki nie znajduje. Wraca pies i mokry do, za przeproszeniem j…ek, przewodnik. Młody człowiek na grobli, przyglądający się ze stoickim spokojem całemu, trwającemu z 20 minut zdarzeniu, bez słowa odwraca się i odchodzi. Takich i podobnych obrazów z mojego kynologicznego żywota mam we wspomnieniach wiele. Obraz drugi. Polujemy na bażanty zbiorowo, to znaczy w grupie myśliwych z psem lub psami, w łowisku gdzie od wielu lat decyzją Walnego Zgromadzenia, nie można polować na koguty indywidualnie. Psy wyszukują koguty, podnoszą postrzałki a ich właściciele wykonują niemały wysiłek aby polowanie było skuteczne. Spotykamy się na pokocie, ogłaszamy wyniki i sprawiedliwie, czyli równo dzielimy zdobycz. Osobnym, ale przecież bynajmniej nie błahym, elementem jest ilość oraz jakość psów biorących udział w różnych polowaniach. Proste przecież wymagania regulaminowe wyjątkowo tylko są przestrzegane a ilość niepodniesionej zwierzyny idzie nierzadko w dziesiątki sztuk. Stara prawda mówi, że ryba psuje się od głowy. Jeżeli nie potrafimy stworzyć systemu szkolenia (nie konkursów czy innych sprawdzianów, które tak naprawdę nie wiadomo czemu służą) a właśnie szkolenia psów i przewodników, jeżeli nie stawiamy żadnych wymagań jakościowych psom wykorzystywanym w łowiectwie, jeżeli nie egzekwujemy stosowania w praktyce wymagań regulaminowych dotyczących przecież tylko minimalnej ilości psów na polowaniu nie dziwmy się, że myśliwy z psem traktowany jest przez kolegów jak naiwny murzyn do czarnej roboty i nikt tak naprawdę nie uważa za nieetyczne pozostawianie na stawach czy w innym terenie dziesiątków sztuk niepodniesionej zwierzyny. Wracając do księdza Niedbała, proszę zwrócić uwagę, że przywołana jego opinia w ogóle nie zakłada aby myśliwy nie miał psa. Ksiądz Niedbał mówi tylko, że taki pies jaki myśliwy w milczeniu zakładając, że przecież każdy myśliwy ma psa. Pomyśleć, że żył on niecałe 100 lat temu.


Dodaj komentarz