Bim – Atom z Szyszkowic – wyżeł niemiecki szorstkowłosy

Na przełomie 1969/70, o ile pamiętam jesienią, pojechałem z ojcem po zamówionego szczeniaka wyżła szorstkowłosego. Jak przez mgłę pamiętam leśniczówkę po Kłobuckiem, podwórko z biegającymi szczeniakami. Siedziałem w Skodzie, szczęśliwy ze szczeniakiem na kolanach, a po drodze porządkowałem samochód, bo szczenię nieprzywykłe do takiej podróży parę razy zwymiotowało. Pokochałem tego szczeniaka od razu i poświęcałem mu naprawdę dużo czasu. W tamtych latach mieszkaliśmy w niewielkim bloku w Katowicach, na osiedlu położonym wtedy praktycznie na obrzeżu miasta, co dawało mi możliwość chodzenia z psem po licznych nieużytkach i resztkach uprawianych pól na których spotkać można było i zająca i kuropatwę. Dzisiaj w tym miejscu stoją bloki mieszkalne, a na części tego terenu wybudowano jedno z największych centrów handlowych w Polsce. Zniknęły też oczywiście glinianki, w których Bim pływał w upalne dni. W kole łowieckim ojca były dobre stany kaczek i bażanta na które często polował, a ja chętnie towarzyszyłem w tych wyprawach. Często wyjeżdżaliśmy na gościnne polowania na kuropatwy w okolice Częstochowy i Zawiercia. Bardzo lubiłem te wyjazdy, stany kur były naprawdę świetne, a Bim pracował koncertowo. Ojciec chętnie polował na ptactwo, dobrze strzelał i dobrze rozumiał zasady polowania z wyżłem. Dzisiaj wspominając tamte polowania, często wracam pamięcią do wpajanych mi zasad współpracy z psem. Wtedy nie zawsze rozumiałem powody postępowania ojca, jak to zwykle bywa zaczynamy rozumieć rodziców po latach, niestety często dopiero kiedy już odeszli. Wyjeżdżaliśmy kilkakrotnie na konkursy wyżłów (przetrwało kilka zdjęć z tamtych czasów – zamieszczone są w galerii), gdzie Bim był zwykle w czołówce, a ojciec zwykle odbierał tytuł najlepszego menera. Jesienią 1972, po zdaniu matury i dostaniu się na studia, zacząłem samodzielnie polować z otrzymaną od ojca 16-tką f-my Suhl. Uwielbiałem polowania na sierpniowe kaczki, w czasie których zawsze szedłem do stawu, do brodzenia w szuwarze, a Bim pływał ze mną. Strzelaliśmy wtedy naprawdę dużo kaczek, a polowanie z szuwaru dawało dodatkowo szansę dużych rozkładów. Wśród zdjęć na tej stronie można zobaczyć zdjęcia z mojego wakacyjnego, a zarazem łowieckiego wyjazdu na Mazury w 1974 r. W gościnnym domu Pani Zofii Jamont, koleżanki ojca jeszcze z wileńskich czasów, spędziłem miesiąc polując intensywnie na kaczki z Bimem na obrzeżach jez. Łuknajno. Pani Zosia była głównym zootechnikiem PGR-u mającego, jak to było w tamtych czasach kilka tysięcy hektarów ornej ziemi położonej pomiędzy mazurskimi jeziorami. Na rżyska po zebranej pszenicy, w czasie mojego pobytu, przylatywały naprawdę tysiące kaczek, na które polowali miejscowi myśliwi z prawdziwych twierdz zbudowanych z bali słomy ustawionych na środku pola. W piękne mazurskie wieczory, oglądana z pewnej odległości, kanonada do kaczek robiła naprawdę piorunujące wrażenie. Ja wolałem włóczęgi z Bimem po łąkach i nad rowami oplatającymi jezioro. Strzelałem tylko tyle kaczek ile potrzeba było na posiłek przygotowywany po powrocie. Moją specjalnością w tamtych czasach była dzika kaczka w śmietanie duszona w elektrycznym garnku Pani Zofii. Wspaniałe były też wyprawy wędkarskie, szalone jazdy terenowe rosyjskim GAZ-em (kto starszy to pamięta markę i model) i dalekie wyjazdy bryczką zaprzężoną w 2 piękne konie. To były piękne czasy.
Dużo w owych latach polowałem też na bażanty, których dobre stany w naszym obwodzie położonym pomiędzy Żorami i Pszczyną, zawdzięczaliśmy między innymi dwóm bażantarniom położonym w sąsiedztwie. Bim odszedł w 14-tym roku życia, był to również koniec pięknego czasu w moim życiu, okresu romantycznego i beztroskiego polowania w warunkach prawdziwej obfitości zwierzyny i pod okiem Ojca, który z pewnej odległości ale jak wiem dzisiaj, uważnie temu patronował.