Polowania z psami – rok 2010 – Kaczki część I

Czyż jest lepszy czas dla takich wspomnień niż sam koniec roku? Czyż jest lepszy czas dla takich wspomnień gdy za oknami śnieg i mróz? Już od dziesięcioleci, początkiem sezonu łowieckiego dla mnie, były pierwsze kaczki. Wracając do chłopięcych wspomnień, zawsze z niecierpliwością czekałem na rozpoczęcie „kaczego sezonu”, sezonu pierwszego zbiorowego polowania, wyjazdów starą, rozklekotaną ciężarówką w teren. Niecierpliwie czekałem na spotkanie ze starymi myśliwymi, na nastrój tych wspólnych wyjazdów, tęskniłem za dyskusjami o sposobie przechytrzenia kaczek na kolejnym stawie. Uwielbiałem brodzić w ciepłej wodzie karpiowych stawów, zbierać słodkie jeżyny w zaroślach wokół grobli, w przerwach pomiędzy pędzeniami, słowem początek sezonu był ważną datą w moim chłopięcym kalendarzu. Potem kiedy zacząłem samodzielnie polować, czekałem na ten dzień chyba jeszcze bardziej. Kaczek było mnóstwo, stawy prawie nie były zagospodarowane i w rozległych szuwarach polowanie z podrywu było naprawdę skuteczne i emocjonujące. Do dziś pamiętam niektóre strzały – cyrankę nadlatującą prawie z szybkością dźwięku nad Staw Pocieszenia, która spadła mi pod same nogi i okrzyk uznania Mariana Wyrożemskiego, który dzieciństwo i młode lata spędził na poleskich bagnach. Takich rzeczy się nie zapomniana. Zawsze będę wspominał emocje zachodzenia na tył Księżego Stawu i odwieczny dylemat zerwą się tym razem za szybko, czy dotrzymają? Tak było. Teraz niestety stawy gładko wykoszone, prawie bez trzciny. W tym roku nie byłem na pierwszym polowaniu na kaczki w moim kole i dzięki Bogu, nie padła ani jedna kaczka!!! Tak źle nie było jeszcze nigdy.

Sezon kaczy zacząłem dzięki uprzejmości kolegów z KŁ Leśnik na stawach Czarnych Dołów. Byłem w tym terenie po raz drugi i nie żałuję, choć kaczek w związku z wiosenną powodzią nie było zbyt dużo. To polowanie ma specyficzny urok, ze względu na rzadkie w dzisiejszych czasach warunki terenowe. Stawy są na półdzikie, o wysokich groblach porośniętych prawdziwą dżunglą pokrzyw, maliny, jeżyny i Bóg wie jeszcze czym. Woda niezbyt głęboka, szuwary kępami rozrzucone po powierzchni stawów, jednym słowem raj dla kaczek i dla polowania z wody z psami. Stawy ułożone są jeden za drugim, najpewniej wzdłuż jakiegoś cieku, tak że brodzący (ja) wchodząc na początku, do pierwszego z nich, po pędzeniu wychodzi, po pokonaniu 2 grobli na ostatnim. W sumie odcinek może 500 m ale naprawdę trudny. Wziąłem ze sobą Jagę i Florę i jak zwykle ustawiłem się w zalanych wodą olchach, na początku stawu, czekając na sygnał rozpoczęcia miotu. W drodze na stanowisko, pociągnięty przez psy, omal nie złamałem nogi o wywrócony konar. Rozległ się sygnał, ruszyłem w staw puszczając suki z uwięzi. Na pierwszym odcinku strzeliłem 2 krzyżówki, pięknie zaaportowane przez Jagę. Aport odbieram oczywiście z pyska płynącego psa. Obie suki pięknie pracują wyszukując przyczajone w szuwarze kaczki. Słyszę strzelaninę na groblach przede mną co dobrze świadczy o skuteczności pracy psów. Po drodze, przechodząc przez kolejną groblę, pokrytą chyba dwumetrowymi pokrzywami, strzelam jeszcze 2 kaczki, pudłując niemiłosiernie kolejne dwie. Flora pięknie wypracowuje trudnego postrzałka. Wykończony docieram do końcowej grobli, koniec miotu. Potem jeszcze jeden staw bez historii i koniec krótkiego ale uroczego polowania. Padły pomimo dramatycznych zapowiedzi 23 kaczki, zostałem królem polowania, na kolejnym polowaniu w tym kole. Piękny medal i zdjęcia pozostaną materialną pamiątką tego dnia. Potem miłe spotkanie przy grochówce i powrót do domu. Jeszcze kilka dni czułem na nogach te piekielne pokrzywy i jeżyny, nie mówiąc o skutkach uderzenia w konar na pierwszej grobli. W następnym tygodniu wyjechałem na poważne, dwudniowe polowanie na wielkich stawach wokół Lichenia, w sercu Wielkopolski. Polowanie ma uznaną pozycję wśród „kaczkarzy” z którymi rozmawiałem. Na dwudniowym polowaniu pada zwykle kilkaset kaczek, przed rokiem król polowania strzelił bodaj 70 sztuk. Nie będę ukrywał, że jechałem z radością i nadzieją na piękne polowanie. Jechał ze mną również syn Maciej, wzięliśmy obok wyżlic naszą niezawodną czarną labradorkę Bubę. Przyjechało prawie 30 myśliwych z całej Polski, zapowiadało się bardzo bojowo. Po wieczornej odprawie wstaliśmy przed świtem, żeby wcześnie być na groblach, na wyznaczonych stanowiskach. Przeloty kaczek miały rozpocząć się o brzasku. Stanowisko przypadło mnie i synowi na grobli dosyć mocno zarośniętej wierzbą i olchami, co bardzo utrudniało widoczność i oczywiście możliwość oddania skutecznego strzału. Wraz ze świtem rozpoczęła się kanonada na naszej i sąsiednich groblach. Kaczek było znacznie mniej niż oczekiwano, i tutaj wiosenne powodzie doprowadziły do spustoszeń w lęgach. Po pierwszej godzinie, po podniesieniu swoich zdobyczy, ruszyłem z wyżlicami na pomoc kolegom usiłującym podnieść strzelone lub zbarczone kaczki. Trzeba powiedzieć, że stawy w Licheniu są bardzo rozległe, otoczone wysokimi groblami ale bez większych szuwarów, za to w wielu miejscach leży sporo zatopionych drzew, na których wystających z wody konarach, liczne tam kormorany czatują na rybę. Jaga i Flora pracowały naprawdę koncertowo, przynosiły kaczki z takiej odległości, że w zasadzie nie wierzyłem, że jest to możliwe. Za postrzałkami wypływały na środek stawu, na odległość czasami nawet 200 metrów od grobli. Obie wyżlice i labradorka podniosły co najmniej 20 trudnych kaczek, zrobiły na polowaniu prawdziwą furorę. Przez 2 dni polowania wykonały naprawdę wielką pracę. W sumie strzelono chyba 140 kaczek, co na tamtym terenie jest wynikiem najgorszym od wielu lat. Dla mnie to polowanie będzie pamiętne przez wspaniałą pracę psów, które złapały wielką formę przed dalszą częścią sezonu. Szczególnie cieszyłem się z postawy Flory, dla której jest to praktycznie pierwszy pełny sezon w polowaniu na kaczki.