W styczniowym numerze Braci Łowieckiej pojawił się interesujący artykuł znanego kynologa łowieckiego Cezarego Marchwickiego omawiający polowanie na bażanty który, co tu dużo ukrywać, zainspirował mnie do napisania tego tekstu. Jak „starzy” czytelnicy mojej strony wiedzą, jestem wielkim miłośnikiem tego polowania. Na bażanty poluję od dziesięcioleci i myślę, że dane mi było popróbować tego polowania na wszelkie możliwe sposoby. Pokrótce o tych właśnie sposobach w moim doświadczeniu.
Zacznę od polowania w stylu czeskim czy angielskim, a więc właściwie od formy odstrzału tych ptaków, która w moim pojęciu nie jest polowaniem, ale jak mówią Anglicy, jedynie strzelaniem do bażantów. Nie hunting (ang. polowanie), a właśnie schooting (ang. strzelanie) w języku Szekspira. W swoim życiu miałem okazję brać udział w takich imprezach dwukrotnie i zapewniam, że mój limit na tym się z pewnością wyczerpał. Pierwszy raz, jeszcze z Ojcem, miałem okazję zobaczyć takie strzelanie na początku lat siedemdziesiątych w Polsce, w bażantarni prowadzonej przez PGR Osowa Sień w Wielkopolsce. Byliśmy tam na dwudniowym polowaniu pędzonym na dziki i drugiego dnia polowania, przed wyjazdem na dziki, przygotowano dla nas pędzone polowanie na bażanty na terenie parku otaczającego miejscową bażantarnię. W 4 pędzeniach, na kilkunastu myśliwych, padło wtedy nieco mniej niż 100 kogutów, a mnie zabrakło amunicji pod koniec ostatniego pędzenia, tak dalece zaskakujące było to, co zobaczyłem. Strzelaliśmy oczywiście tylko koguty. Moje wspomnienia z tego wyjazdu to jednak czysto łowieckie emocje gdzie głównym daniem było wspaniałe polowanie na dziki, któremu blasku dodawała niezapomniana praca dzikarzy i wspaniała oprawa i organizacja polowania. Kolejny raz, już w nowych czasach, miałem okazję polować na bażanty w taki sposób w Czechach. Niedaleko polskiej granicy jest bażantarnia nastawiona na sprzedaż polowań na bażanty, prowadzonych w iście brytyjskim stylu. W polowaniu brało udział kilkunastu polskich myśliwych, a w 4 pędzeniach padło ponad 500 bażantów, zarówno kogutów jak i kur. To już było prawdziwe „strzelanie” do bażantów, które dziesiątkami paradowały przed nadciągającą nagonką, a również pomiędzy stanowiskami myśliwych. Do dzisiaj czuję niesmak na myśl o tym dniu, którego nie jest w stanie zatrzeć naprawdę wspaniała oprawa polowania w wykonaniu czeskich organizatorów, jak też, równie wspaniałe spotkanie w gronie kolegów po jego zakończeniu.
Drugą formą polowania, w której wielokrotnie uczestniczyłem, jest polowanie zbiorowe na bażanty będące najczęstszą formą polowania na te ptaki w części Śląska, w której poluję. Ten rodzaj polowania polega albo na klasycznym pędzeniu z nagonką i myśliwymi na stanowiskach lub na polowaniu w grupach, gdzie myśliwi podzieleni na kilkuosobowe zespoły penetrują różne rejony swojego obwodu. W tym drugim przypadku zespoły dzieli się wokół kolegów dysponujących ułożonymi psami, co jest zgodne zarówno z regulaminem jak i logiką.
Ta druga formuła ma 2 różne oblicza. Jedno z nich to polowanie w 2-3 myśliwych polujących z 1-2 psami. Ten rodzaj polowania w zgranej, rozumiejącej zasady polowania z psem legawym grupie bardzo przypomina polowanie indywidualne i powinien być preferowany tam, gdzie nie ma możliwości przeforsowania na walnym zgromadzeniu polowania indywidualnego. Dodatkową zaletą tak prowadzonego polowania jest jego wartość dydaktyczna pokazująca, szczególnie młodym myśliwym, jak powinno się prowadzić wyżła w polu i czego można od niego wymagać. W czasach zupełnego upadku praktycznej wiedzy o polowaniu z psem legawym ten aspekt jest nie do przecenienia. Druga formuła, to polowanie prowadzone metodą „czeskiej ławy”, a więc linia myśliwych, przed którą pracują psy, przesuwa się przez łowisko. Psy powinny pracować przed swoim prowadzącym, respektować zwierzynę, a myśliwi powinni cały czas współpracować z sąsiadami.
Nie będę ukrywał, że nie lubię tego typu polowania i to z kilku powodów. Po pierwsze, najczęściej organizowane są pod koniec sezonu, kiedy bażanty grupują się w pobliżu zimowych ostoi, a zarazem miejsc dokarmiania. Taki kalendarz sprzyja oczywiście skuteczności łowieckiego wysiłku ale czy na pewno stwarza równą szansę obu stronom? Nie mówiąc już o wielokrotnie podnoszonej sprawie ciągłego niepokojenia ptaków w miejscach w których walczą o przetrwanie zimy. Inną sprawą jest sposób wykorzystania psów legawych w czasie tak zorganizowanych polowań. W polowaniu prowadzonym „czeską ławą” warunki dyktują zwykle najgorsze psy i najmniej zdyscyplinowani koledzy. Zmorą są goniące po całej przestrzeni polowania niewyszkolone, nieposłuszne psy oraz myśliwi nastawieni na sukces za wszelką cenę, wybiegający przed linię, ustawiający się w dla siebie jedynie wygodnych pozycjach. Dobrze wyszkolone psy po 1-2 takich „przeżyciach” łowieckich zapominają o tym, czego nauczyły się w czasie szkolenia.
Koledzy podejmujący trud i koszt wychowania psa liczą na możliwość wykorzystania go zgodnie z jego predyspozycjami i wyszkoleniem, co rzadko w warunkach takich polowań jest możliwe. Nie ma co ukrywać, że i ta forma polowania oceniana jest przez uczestników pod kątem jej skuteczności, mierzonej ilością pozyskanych kogutów. Do tego wszystkiego zwyczajowy podział pokotu pomiędzy uczestników polowania rzadko jest miarą rzeczywistego wkładu w ostateczny efekt polowania.
W moim kole, na szczęście, od lat polujemy na bażanty indywidualnie przez praktycznie cały sezon, poza jednym czy dwoma polowaniami w grupach na samym początku. Z prawdziwą przyjemnością obserwuję ostatnio decyzje walnych zgromadzeń kilku znanych mi kół, które zezwoliły na polowania indywidualne. To, co moim zdaniem powinno się jeszcze zdarzyć, to decyzje o zaniechaniu polowania na bażanty pod koniec sezonu, a więc w styczniu i lutym, a szczególnie po opadach śniegu i w okresie intensywnego ich dokarmiania. Najlepszy czas dla prawdziwie sportowego, a nie opartego o wynik polowania, to okres późnej jesieni kiedy koguty wędrują po całym łowisku stwarzając wspaniałe warunki dla pracy wyżła, a myśliwemu pozwalają na wykazanie się kondycją i sprawnością łowiecką. Czyż nie o to chodzi?
Na koniec kilka słów o polowaniu indywidualnym z psami, bo przecież ten rodzaj polowania bez dobrze ułożonego psa praktycznie nie ma sensu. Przez wiele lat polowałem, towarzysząc Ojcu z wyżłem szorstkowłosym Bimem, o którym można przeczytać w innym miejscu. Były to czasy wysokich stanów bażanta w naszym łowisku i wyjazdy na te polowania pozostały, jako jedno ze wspanialszych wspomnień mojej łowieckiej edukacji. Bim pracował doskonale, miał znakomitą stójkę i dużą pasję oraz doświadczenie łowieckie. Chodził jednak ciężej i nie tak szeroko i stylowo jak wyżły krótkowłose, z którymi ostatnio poluję. Potem po okresie przerwy zacząłem polować na bażanty z labradorami, o czym też w różnych miejscach pisałem. To polowanie jest zupełnie inne. Labradory pracują jako płochacze krótko, ale bardzo twardo, precyzyjnie i niezwykle skutecznie. Są znakomite w małym polu, w zakrzaczeniach, szuwarach i innym trudno dostępnym terenie. Pamiętać jednak trzeba, że nie mają dobrych predyspozycji do biegania, są ciężkie i łatwo odnoszą kontuzje stawów przy intensywnej pracy biegowej. Ich prawdziwym żywiołem jest aport i do takiej pracy powinny być głównie wykorzystywane. Teraz dużo poluję z wyżłami krótkowłosymi i mało jest takich polowań, na które wypad z moją Jagą czy Florą gotów jestem zamienić. Polowanie na rozległych przestrzeniach nieużytków, wyszukiwanie nielicznych czasem kogutów, a potem cała rozgrywka z trudnym nieraz przeciwnikiem jakim jest stary kogut, to prawdziwa łowiecka frajda. To polowanie wymaga naprawdę dobrej kondycji, sprawności strzeleckiej, ale przede wszystkim, buduje wspaniale relacje z psem. Takich relacji nie jest nigdy, w takim stopniu, stworzyć najbardziej nawet precyzyjne, ale zamknięte tylko w ramy wymagań regulaminowych szkolenie. Nie zamienię tych polowań na żadne zbiorówki na grubą zwierzynę czy wielogodzinne wysiadywanie na ambonie. Polowanie z legawcem w dużym polu jest królową polowań i warto stworzyć wszelkie warunki dla jego szerokiego wypromowania.



Dodaj komentarz