„Kynologia na rozdrożu” – ŁP 8/2014 – ad vocem

A jednak, pomimo iż nie było w internetowej zapowiedzi, jest jednak ciąg dalszy dyskusji w ŁP na temat certyfikacji psów do polowania. Tym razem głos zabrał Marek Roszkiewicz – międzynarodowy sędzia kynologiczny, doświadczony myśliwy, przed laty członek zarządu Klubu Wyżłów ZKwP, którego miałem okazję osobiści poznać i z którym rozmowa, w czasie Międzynarodowej Wystawy Psów w Warszawie, tak mnie wciągnęła, że przegapiłem występ mojej Gapy na ringu, choć dla tego występu przejechałem bladym świtem 300 km.

Na początek, dla ustawienia tekstu muszę powiedzieć, że w artykule podoba mi się jedynie tytuł, który znakomicie pokazuje jak w istocie wygląda problem o którym toczymy dyskusję. Tak, tak, ta dyskusja w nieodległym tle ma fundamentalne dla współczesnej kynologii pytanie – dokąd w istocie zmierzamy, dokąd zmierza hodowla psów rasowych? Sprawa certyfikacji psów do polowania w Polsce jest jedynie elementem tego szerszego problemu ale argumenty których się w niej używa znakomicie pokazują jak myślą adwersarze.

Zanim jednak przejdę do głównego tematu, dwa sprostowania. Kolega Marek Roszkiewicz był łaskaw uczynić mnie autorem dwóch poglądów, do autorstwa których się nie przyznaję – jeden z nich brzmi „…. Zbigniew Ciemniewski jest orędownikiem poglądu, że myśliwy powinien polować wyłącznie w psem rodowodowym …..”, drugi natomiast „…. Zbigniew Ciemniewski postuluje aby z naszych łowisk wyeliminować psy w typie rasy ale nie posiadające rodowodu ….”. Wielokrotnie, na różnych forach, mówiłem na różne sposoby ale zawsze to samo – nie jestem przeciw komukolwiek ani przeciw czemukolwiek w kynologii, jestem uparcie za tym co uważam za ważne i prawdziwe. Jednoznacznie uważam, że psy używane do polowania powinny być certyfikowane, to znaczy powinny reprezentować minimalne umiejętności dające gwarancję skutecznego wykonywania zadania przed którym stoją. Jeżeli sędziowie pracy chcą wziąć udział w certyfikacji psów bez rodowodu, to nie widzę niczego złego w użyciu tak certyfikowanych psów w łowiectwie, ale nie w hodowli oczywiście. Certyfikacja pozwoli na skończenie fikcji „30 tysięcy psów ułożonych do polowania, których ilość stale rośnie” figurujących w statystykach PZŁ. Niczego nie chcę eliminować z naszych łowisk a proponowane w PZŁ zapisy prawne dają 7 letni okres przejściowy pozwalający polować psom obecnie używanym do polowania i dotrwać im do spokojnej, naturalnej śmierci. Proponowane zapisy nie nakazują też w przyszłości używania do polowania jedynie psów certyfikowanych i rodowodowych, każdy więc będzie mógł polować z czym będzie uważał za właściwe, jedyna zmiana polegała będzie na tym, że psy te nie będą mogły być wykazywane w łowieckich statystykach jako psy „myśliwskie” i nie będą mogły być „wypełniaczem” nakazu użycia minimalnej ilości psów na polowaniach. Tyle tytułem sprostowania ważnych, ze względu na lekki swąd propagandy, a wkładanych w moje usta, nie moich poglądów.

Nie odmówię sobie też przyjemności krótkiego odniesienia do końskiego tematu w dyskusji – jeżeli odrzucimy prawie zupełnie rodowód jako miarę wartości zwierzęcia, a pozostawimy jedynie bezwzględnie ocenianą użytkowość, jak to jest w końskim świecie – to ja jestem za, gdyż z punktu widzenia polowania jest to nieskończenie lepiej niż sytuacja dokładnie odwrotna a z taką mamy do czynienia we współczesnej kynologii! Pytanie tylko czy sędziowie kynologiczni poprą ideę łowieckiego certyfikowania wszelkiej maści psów w miejsce ciągłego ich oglądania na setkach ringów i być może z nadzieją wyłonienia z nich w przyszłości ciekawych ras na nowe czasy?

Teraz krótko do meritum, a to meritum znakomicie rysuje tytuł artykułu Marka Roszkiewicza. Niezwykle charakterystyczną cechą wszelkich i to toczonych od lat dyskusji dotyczących konieczności certyfikowania psów w łowiectwie jest to, że środowisko sędziów kynologicznych jest za … ale jednak przeciw. Dlaczego? Pisałem już o tym na różne sposoby i w różnych miejscach. Kynologia i cały rynek który ją otacza jest obecnie naprawdę wielkim przedsięwzięciem którego obroty, w skali świata, liczy się z pewnością w miliardach dolarów czy jak kto woli euro. Zarząd części merytorycznej tego wielkiego rynku spoczywa w rękach praktycznego monopolisty czyli FCI, praktycznego, bo jednak są duże organizacje poza FCI (m.in. Amerykanie i Anglicy) a ostatnio powstają „nibyFCI”, również w Polsce, chcące uszczknąć coś z tego kotleta dla siebie. Jak piękny jest monopol na tak wielkim rynku, łatwo sobie wyobrazić a jedną z jego cech jest niechęć do dzielenia się, nawet w najmniejszym stopniu decyzjami strategicznymi. Słabością FCI jest niemożność zarządzania użytkowością bez udziału w tym zarządzaniu m.in. organizacji łowieckich i stąd uparta tendencja do umniejszania znaczenia użytkowości w decyzjach hodowlanych a przeniesienie całej ciężkości decyzji w obszar eksterieru (setki wystaw, championaty, interchampionaty, superinnterchampionaty ….). W krajach gdzie jest silna tradycyjnie pozycja kynologii łowieckiej np. Niemcy, Czechy czy Słowacja, organizacje łowieckie zbudowały sobie mocną pozycję na tym rynku. W Polsce przy słabości, zresztą „sterowanej”, kynologii łowieckiej oddano całość decyzji organizacji kynologicznej i skutki tego widzimy gołym okiem. Marek Roszkiewicz ubolewa w artykule na temat upadku poziomu naszej kynologii łowieckiej widząc jedyny ratunek z uczynienia jej elementem mody czy snobizmu, co moim zdaniem, musi ją pogrążyć zupełnie. Faktycznym i podnoszonym w artykule problemem jest to, że realne warunki do utrzymania prawdziwie, a nie jedynie nominalnie myśliwskiego psa, ma niewielu myśliwych. Na to nic nie poradzimy i udawanie, że każdy pies rasy myśliwskiej jest psem użytkowym, jak to jest obecnie, służy jedynie kreowaniu rynku a nie prawdziwej, opartej o jakość hodowli. Kłania się ów niewidoczny rynek – o czym wyżej.

Na koniec wreszcie, z pewnym żalem stwierdziłem, że nie znalazło się w ŁP miejsce dla mojego tekstu polemizującego z artykułem Redaktora Bombika. Ponieważ „linia Redakcji” jest wyznaczona wyraźnie artykułami Kolegów Bombika i Roszkiewicza to obawiam się, że moja polemika z Panami nie ujrzy światła dnia inaczej niż w internecie, w związku z tym, zamieszczam też mój tekst wysłany do Redakcji w takiej formie w jakiej do niej trafił.