A jednak, pomimo iż nie było w internetowej zapowiedzi, jest jednak ciąg dalszy dyskusji w ŁP na temat certyfikacji psów do polowania. Tym razem głos zabrał Marek Roszkiewicz – międzynarodowy sędzia kynologiczny, doświadczony myśliwy, przed laty członek zarządu Klubu Wyżłów ZKwP, którego miałem okazję osobiści poznać i z którym rozmowa, w czasie Międzynarodowej Wystawy Psów w Warszawie, tak mnie wciągnęła, że przegapiłem występ mojej Gapy na ringu, choć dla tego występu przejechałem bladym świtem 300 km.
Na początek, dla ustawienia tekstu muszę powiedzieć, że w artykule podoba mi się jedynie tytuł, który znakomicie pokazuje jak w istocie wygląda problem o którym toczymy dyskusję. Tak, tak, ta dyskusja w nieodległym tle ma fundamentalne dla współczesnej kynologii pytanie – dokąd w istocie zmierzamy, dokąd zmierza hodowla psów rasowych? Sprawa certyfikacji psów do polowania w Polsce jest jedynie elementem tego szerszego problemu ale argumenty których się w niej używa znakomicie pokazują jak myślą adwersarze.
Zanim jednak przejdę do głównego tematu, dwa sprostowania. Kolega Marek Roszkiewicz był łaskaw uczynić mnie autorem dwóch poglądów, do autorstwa których się nie przyznaję – jeden z nich brzmi „…. Zbigniew Ciemniewski jest orędownikiem poglądu, że myśliwy powinien polować wyłącznie w psem rodowodowym …..”, drugi natomiast „…. Zbigniew Ciemniewski postuluje aby z naszych łowisk wyeliminować psy w typie rasy ale nie posiadające rodowodu ….”. Wielokrotnie, na różnych forach, mówiłem na różne sposoby ale zawsze to samo – nie jestem przeciw komukolwiek ani przeciw czemukolwiek w kynologii, jestem uparcie za tym co uważam za ważne i prawdziwe. Jednoznacznie uważam, że psy używane do polowania powinny być certyfikowane, to znaczy powinny reprezentować minimalne umiejętności dające gwarancję skutecznego wykonywania zadania przed którym stoją. Jeżeli sędziowie pracy chcą wziąć udział w certyfikacji psów bez rodowodu, to nie widzę niczego złego w użyciu tak certyfikowanych psów w łowiectwie, ale nie w hodowli oczywiście. Certyfikacja pozwoli na skończenie fikcji „30 tysięcy psów ułożonych do polowania, których ilość stale rośnie” figurujących w statystykach PZŁ. Niczego nie chcę eliminować z naszych łowisk a proponowane w PZŁ zapisy prawne dają 7 letni okres przejściowy pozwalający polować psom obecnie używanym do polowania i dotrwać im do spokojnej, naturalnej śmierci. Proponowane zapisy nie nakazują też w przyszłości używania do polowania jedynie psów certyfikowanych i rodowodowych, każdy więc będzie mógł polować z czym będzie uważał za właściwe, jedyna zmiana polegała będzie na tym, że psy te nie będą mogły być wykazywane w łowieckich statystykach jako psy „myśliwskie” i nie będą mogły być „wypełniaczem” nakazu użycia minimalnej ilości psów na polowaniach. Tyle tytułem sprostowania ważnych, ze względu na lekki swąd propagandy, a wkładanych w moje usta, nie moich poglądów.
Nie odmówię sobie też przyjemności krótkiego odniesienia do końskiego tematu w dyskusji – jeżeli odrzucimy prawie zupełnie rodowód jako miarę wartości zwierzęcia, a pozostawimy jedynie bezwzględnie ocenianą użytkowość, jak to jest w końskim świecie – to ja jestem za, gdyż z punktu widzenia polowania jest to nieskończenie lepiej niż sytuacja dokładnie odwrotna a z taką mamy do czynienia we współczesnej kynologii! Pytanie tylko czy sędziowie kynologiczni poprą ideę łowieckiego certyfikowania wszelkiej maści psów w miejsce ciągłego ich oglądania na setkach ringów i być może z nadzieją wyłonienia z nich w przyszłości ciekawych ras na nowe czasy?
Teraz krótko do meritum, a to meritum znakomicie rysuje tytuł artykułu Marka Roszkiewicza. Niezwykle charakterystyczną cechą wszelkich i to toczonych od lat dyskusji dotyczących konieczności certyfikowania psów w łowiectwie jest to, że środowisko sędziów kynologicznych jest za … ale jednak przeciw. Dlaczego? Pisałem już o tym na różne sposoby i w różnych miejscach. Kynologia i cały rynek który ją otacza jest obecnie naprawdę wielkim przedsięwzięciem którego obroty, w skali świata, liczy się z pewnością w miliardach dolarów czy jak kto woli euro. Zarząd części merytorycznej tego wielkiego rynku spoczywa w rękach praktycznego monopolisty czyli FCI, praktycznego, bo jednak są duże organizacje poza FCI (m.in. Amerykanie i Anglicy) a ostatnio powstają „nibyFCI”, również w Polsce, chcące uszczknąć coś z tego kotleta dla siebie. Jak piękny jest monopol na tak wielkim rynku, łatwo sobie wyobrazić a jedną z jego cech jest niechęć do dzielenia się, nawet w najmniejszym stopniu decyzjami strategicznymi. Słabością FCI jest niemożność zarządzania użytkowością bez udziału w tym zarządzaniu m.in. organizacji łowieckich i stąd uparta tendencja do umniejszania znaczenia użytkowości w decyzjach hodowlanych a przeniesienie całej ciężkości decyzji w obszar eksterieru (setki wystaw, championaty, interchampionaty, superinnterchampionaty ….). W krajach gdzie jest silna tradycyjnie pozycja kynologii łowieckiej np. Niemcy, Czechy czy Słowacja, organizacje łowieckie zbudowały sobie mocną pozycję na tym rynku. W Polsce przy słabości, zresztą „sterowanej”, kynologii łowieckiej oddano całość decyzji organizacji kynologicznej i skutki tego widzimy gołym okiem. Marek Roszkiewicz ubolewa w artykule na temat upadku poziomu naszej kynologii łowieckiej widząc jedyny ratunek z uczynienia jej elementem mody czy snobizmu, co moim zdaniem, musi ją pogrążyć zupełnie. Faktycznym i podnoszonym w artykule problemem jest to, że realne warunki do utrzymania prawdziwie, a nie jedynie nominalnie myśliwskiego psa, ma niewielu myśliwych. Na to nic nie poradzimy i udawanie, że każdy pies rasy myśliwskiej jest psem użytkowym, jak to jest obecnie, służy jedynie kreowaniu rynku a nie prawdziwej, opartej o jakość hodowli. Kłania się ów niewidoczny rynek – o czym wyżej.
Na koniec wreszcie, z pewnym żalem stwierdziłem, że nie znalazło się w ŁP miejsce dla mojego tekstu polemizującego z artykułem Redaktora Bombika. Ponieważ „linia Redakcji” jest wyznaczona wyraźnie artykułami Kolegów Bombika i Roszkiewicza to obawiam się, że moja polemika z Panami nie ujrzy światła dnia inaczej niż w internecie, w związku z tym, zamieszczam też mój tekst wysłany do Redakcji w takiej formie w jakiej do niej trafił.
- „Kynologia na rozdrożu” ŁP 8/2014 str. 1
- „Kynologia na rozdrożu” ŁP 8/2014 str. 2
- „Kynologia na rozdrożu” ŁP 8/2014 str. 3
- „Kynologia na rozdrożu” ŁP 8/2014 str. 4



Wie Pan, Przeszanowny Panie Zbigniewie te cale przepychnki wokol psa z dyplomem czy bez byly moze zasadne tak 20 – 40 lat
temu. Z punktu widzenia starego cynika, to kynologiczne rozdroze wcale nie jest tam, gdzie paru upartych, posiwialych Panow
drze koty o psa. Mysliwskiego.
Od ub. roku trwaja przymiarki do zmiany ustawy o ochronie zwierzat. Lobbuje sie tez zmiany prawa lowieckiego w celu usuniecia
z listy zwierzat lownych szeregu gatunkow. Tak jak teraz wiatry stoja to w jakies perspektywie, cale darcie kota psu na bude sie zda.
Nie jutro, ani pojutrze ale w jakims horyzoncie czasowym rzedu jednej – dwoch dekad. Nawiedzieni w tej chwili za duza chca na raz.
To co sobie wymyslili nie da sie przepchnac w pakiecie, ale tam sa punkty, ktore juz teraz przeszlyby. Punkty
tez dotyczace myslistwa.
Bedac realista trzeba sobie otwarcie powiedziec, ze niektore metody polowan MOGA pojsc do lamusa. I zapewne pojda.
A z nimi pieski. Po co jamnik, jak zostanie zakazane norowanie ?. O szkoleniu nie wspominajac. Dzicze zagrody ?. Nie bylbym
w 100 % pewien czy one beda funkcjonowac wiecznie. Na jaka cholere wyzly uczyc stojki jesli bedzie zakazane polowanie
na wiekszosc (wszystkie ?) gatunki ptakow ? Po co w ogole takie psy ?
I co dalej ?
My som silni zwarci i gotowi ?. Jak co do czego przyjdzie to nie oddamy ani jednego guzika ?…….tfu…. zagrody dziczej ?
Myślę. że jest dużo prawdy w tym niepokoju o przyszłość. W łowiectwie potrzeba ludzi z otwartą głową, potrafiących pokazać wizję przyszłości. Z tym jest niestety problem – dominują zjadacze codziennego chleba „a po nich choćby potop”.
Najbardziej drażni mnie to, że tak naprawdę problem zupełnie nie jest w łowiectwie. Myśliwy, w każdym razie w Polsce, nie poluje na to czego nie ma na polu czy w lesie, bo takie są zasady gry. Pisałem już o tym – mechanicznie, chemicznie a do tego systematycznie niszczymy życie które nas otacza w imię żarcia i kasy. To nie ma nic wspólnego z łowiectwem, przyjemnością czerpaną z zabijania itp.. Po prostu, któregoś dnia zostaniemy sami na pięknym i równym jak stół polu, z równie piękną plantacją kukurydzy czy pszenicy którą ktoś chętnie kupi. Na tym polu poza nami, wizją kasy i kukurydzą nie będzie niczego co żyje.
Czy ktoś o tym skutecznie mówi?, czy ci walnięci eko-terroryści, robiący za pieniądze zadymy na cudze zlecenie kiedyś się tym zajmą? Moim zdaniem nigdy, dlatego trzeba o tym mówić przy każdej nadarzającej się okazji. Złe mówienie o myśliwych których mało kto rozumie jest łatwe natomiast prawdziwe mówienie o problemach jest trudne i na tym polega problem.
Dziękuję za Pana głos w tej sprawie, choć głos trochę „po ogródkach” i jak zawsze pozdrawiam