Kuropatwy na Białorusi – wrzesień 2018

Na początku tegorocznego lata nabrała ostatecznych kształtów wyprawa na kury na Białoruś. Znałem trochę białoruskie łowiska z wcześniejszego wypadu na głuszce oraz z polowania na bekasy na poleskich błotach. Opis tamtej wyprawy z Jagą i Florą znajdą czytelnicy na stronie. Kuropatwy na rozległych polach Białorusi korciły mnie od dawna, jednak dopiero ostatnie lata przyniosły odbudowę, wcześniej znakomitych, stanów tego mieszkańca pól. W okolice historycznego Słucka wyruszyliśmy z Jankiem, właścicielem Figaro – rodzonego brata mojej Flory. Mnie towarzyszyła doświadczona Gapa i młoda Hera, 16 -miesięczna córka Gapy. Dla Hery łowiecka przygoda dopiero się rozpoczyna. Co prawda, w zeszłym roku polowaliśmy skutecznie na koguty, a w tym roku zaczęliśmy z niezłym skutkiem kaczy sezon, jednak to kury miały być prawdziwym wyzwaniem i znakomitym testem jej wrodzonych predyspozycji. Po załatwieniu wszelkich możliwych i dosyć uciążliwych formalności ruszyliśmy w trasę liczącą dla mnie 900 km. Droga była dobra i gdyby nie prawie 5 godzinna mitręga na granicy w Brześciu byłoby całkiem nieźle. Gospodarze czekali na nas cierpliwie i późną nocą znaleźliśmy się na kwaterze miejscowego Gospodarstwa Leśnego zarządzającego łowiectwem na obszarze 100 tysięcy hektarów – w tym 30 tysięcy hektarów lasu. Po krótkiej nocy ruszyliśmy w teren.

Tegoroczna wiosna i lato były na Białorusi bardzo gorące i suche tak, że pola były dosłownie wypalone słońcem. Trwał zbiór kukurydzy na kiszonkę, rozpoczęto zbiory buraków, intensywnie toczyły się też inne prace polowe tak, że ruch na polu był spory. Rejon w którym przyszło nam polować to teren wielkoobszarowego rolnictwa. Rozległe, liczące zwykle kilkadziesiąt i więcej hektarów działki poprzedzielane były rowami odwadniającymi i niewielkimi naturalnymi ciekami wodnymi. Polowaliśmy na starych rżyskach poprzerastanych różnymi chwastami, w buraczyskach, nieużytkach wzdłuż cieków wodnych. Pierwszego dnia wyruszyliśmy w pole dopiero około godziny 10.00. Z nieba lał się prawdziwy żar i w południe temperatura zbliżyła się do 30 stopni.  Gapa i Hera pracowały twardo ale spotkaliśmy tylko jedno stadko kur które znikło w pobliskiej kukurydzy nie dając okazji do strzału. W kolejnych dniach zmieniliśmy taktykę polując jedynie przed i po południu co, wraz z wyraźnym ochłodzeniem, ułatwiło nam i psom zadanie. Sttopniowo na trokach zaczęło przybywać kur. Po 4 dniach intensywnego polowania wracaliśmy do domu pełni miłych wspomnień planując przyszłoroczne polowanie.

Co można powiedzieć o stronie czysto łowieckiej? Teren z pewnością bardzo trudny. Pomijając upał i suszę, psy musiały wykonać ogromną pracę biegową dla skutecznego polowania. Przestrzenie białoruskiego łowiska w niczym nie przypominały mi rodzimych hektarowych zagonów, gdzie wystarcza spokojny pies, pracujący nie szerzej niż 50 metrów. W tamtym terenie pies chodzący tak krótko zamęczyłby myśliwego i nie dałby gwarancji skutecznego polowania, bez znakomitej znajomości łowiska. Obie moje suki chodziły szeroko i dobrze. Nawet weteran, 10-letni Figaro, przypomniał sobie swoje najlepsze dni, choć wysiłek to był dla niego ogromny. Gapa z racji wieku i trochę większej wagi musiała częściej odpoczywać, za to młoda Hera po prostu szalała. Szalała oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu – pięknie, lekko, a przy tym dynamicznie i szeroko okładając pole, przy tym dobrze ze mną współpracując. Stójkę ma ładną ale na początku trochę ponosił ją temperament. Jednym słowem debiut wypadł dobrze.

Myślę, że dla wielu uczestników różnego rodzaju konkursów wyżłów, zarówno w kraju jak i za granicą, białoruskie doświadczenie byłoby przydatnym elementem w budowaniu zrozumienia dla zadania, przed jakim stoi wyżeł w pracy polowej. Powtórzę to raz jeszcze – psy słabo biegające, w złej kondycji, zapasione i – co też warto powiedzieć – podobni myśliwi, nie znajdą swojego miejsca w takim polowaniu.