Ostatni posyp

Śnieg pada i pada, a końca tego padania nie widać. Parę dni temu rozwoziliśmy z Maćkiem karmę bażantom ale postanowiłem pomimo to pojechać kolejny raz. Po pierwsze – uzupełnić zapasy, a po drugie – zobaczyć co się w terenie, przy tej pogodzie dzieje. Objechałem 3 rejony, rozwiozłem 30 wiaderek kukurydzy i w zasadzie zadowolony postanowiłem wracać do domu. Po drodze został jeszcze jeden posyp w którym chciałem zostawić ostatnie wiaderka karmy. Tak się składa, że miejsce do którego zamierzałem dojechać leży omal w środku dosyć rozległego kompleksu pól. Drogi polne całkowicie zawiało i musiałem nadłożyć sporo drogi aby trafić w miejsce widocznego choćby zarysu drogi dojazdowej. Wkrótce zjechałem w pole i z dusza na ramieniu parłem w kierunku widocznej w oddali grobli, po której na pewno biegła poszukiwana przeze mnie droga. Dojechałem szczęśliwie, pod kołami poczułem pewniejszy grunt, zostało jeszcze może 100 metrów do celu i wtedy zjechałem prawym kołem w głęboką bruzdę wilgotnej i rozmiękłej pod śniegiem orki. To był koniec jazdy. Zadzwoniłem po kolegę, a sam zaniosłem kukurydzę pod posyp. Ostatecznie, po szczęśliwie niedługim czekaniu wydostałem się z pomocą kolegów z bruzdy tylko po to, aby za chwilę rewanżować się im pomocą kilkadziesiąt metrów dalej. Cóż – taki mamy klimat.