Kynologia łowiecka w Polsce – jaka przyszłość?
Autor: Zbigniew Ciemniewski
Tekst ukazał się na FB na stronie WildMen
Niedawno Naczelna Rada Łowiecka zaakceptowała, po wielomiesięcznym – a może i dłuższym – oczekiwaniu, treść Ramowego Regulaminu Klubu Grupy Ras (klubu rasy) Psów Myśliwskich Polskiego Związku Łowieckiego. Dokument oczekiwany był z niecierpliwością przez całe łowieckie środowisko kynologiczne. Czy długotrwałość oczekiwania przeniosła się na jakość dokumentu i otworzyła nowy rozdział w polskiej kynologii łowieckiej? Czy otworzyła szansę na prawdziwie nowe rozdanie i oderwanie się od demonów przeszłości? Zanim odpowiem po swojemu na te pytania, parę, a nawet więcej niż parę, słów wprowadzenia.
Trochę teorii
Internetowy słownik łowiecki podaje taką oto definicję kynologii łowieckiej – „Kynologia myśliwska to nauka o psach myśliwskich. Zajmuje się biologią, rozwojem, pochodzeniem, hodowlą, układaniem i użytkowaniem psa myśliwskiego.”
Czy kynologię łowiecką można nazwać pełnoprawną nauką, nie wiem, ale z pewnością jest dyscypliną teoretycznej i praktycznej wiedzy o psach. Dyscypliną kształtowaną przez wiedzę, ale przede wszystkim, przez trwające dziesiątki/setki lat doświadczenie. Podlega ona też, w oczywisty sposób, przemożnej presji oczekiwań, wynikających z praktycznego zapotrzebowania na psy o specyficznych cechach. Ten ostatni element jest zmienny w czasie, i całkowicie zależny od sposobu wykonywania polowania, warunków przyrodniczych czy tradycji. Cechą więc charakterystyczną kynologii łowieckiej jest pewna dynamika oczekiwań kierowanych do hodowców odpowiedzialnych za trwanie czy rozwój ras. Zresztą, chyba nie popełni się błędu w tych rozważaniach, jeżeli odrzuci się od słowa kynologia, słowo łowiecka. Cała kynologia opiera się przecież na identycznych zasadach.
Fundamenty
Jest jeszcze jedno, bardzo ważne – może nawet kluczowe – słowo, opisujące logikę tworzenia ras psów. Tym słowem jest – elitaryzm. Każda z ras, która widnieje w katalogu FCI, powstała na skutek konkretnego na nią zapotrzebowania, a więc powstała na rzecz, tak czy inaczej rozumianej, szczególnej grupy docelowej – elity. Wyhodowano więc psy dla pasterzy, myśliwych, psy dla obrony siedzib – wreszcie – psy do towarzystwa. Każda z tych psich grup była odpowiedzią na konkretne potrzeby szczególnych środowisk, realizujących szczególne zadania lub mających szczególne potrzeby. Kynologia jest – tak rozumiana kynologia musi być – ze swojej natury elitarna. Tak było. Pytanie – jak jest współcześnie?
Nie trzeba być nadmiernie bystrym obserwatorem żeby zobaczyć, że współczesna kynologia – niezależnie od przymiotnika z nią związanego – ugina się pod ciężarem innego słowa. Tym słowem jest egalitaryzm. Przez minione dziesięciolecia zbudowano system zabawy w kynologię, zabawy której osią jest rywalizacja o formę, z zupełnym pominięciem elitarnej treści. Setki i tysiące wystaw produkujących kolejne setki championów krajowych, interchampionów i innych -onów, sprowadziło psie rasy pod każdą strzechę. W tym wyścigu stopniowo, i coraz szybciej, zapominano o elitarności ras, a więc o cechach fundamentalnie je od siebie odróżniających. Zapomniano o elitarności ich cech osobowościowych, dla których przecież w istocie powstały. Statutowe deklaracje towarzystw kynologicznych, że jest inaczej, mogą dzisiaj jedynie śmieszyć w zderzeniu z faktami.
Rzeczywista rzeczywistość
Nie sięgajmy daleko, spójrzmy na nasze podwórko – ale przecież wszędzie jest podobnie – choć na szczęście nie identycznie. Mamy 10 grup ras, z których 7, to grupy ras psów myśliwskich. Mamy 3 polskie rasy psów myśliwskich i jeszcze jedną w trakcie przygotowań do rejestracji. Pytanie brzmi – dla ilu ras psów myśliwskich w Polsce niezbędne są testy łowieckie, jako warunek dopuszczenia do hodowli? Prosta odpowiedź brzmi – dla żadnej. Wystarczającymi kryteriami według Regulaminu Hodowli Psów Rasowych ZKwP, są wiek i ocena eksterieru w ringu wystawowym, a więc jedynie forma. Przeszliśmy w skrajny egalitaryzm oznaczający nic innego, tylko przejście na rozmnażanie psów, zamiast ich celowej hodowli, ukierunkowanej na rozwój cech niezbędnych dla realizacji określonych zadań. Jesteśmy o krok od zniszczenia dorobku pokoleń kynologów. Nie czas i nie miejsce na rozważanie przyczyn takiego stanu rzeczy, więc wróćmy na nasze łowieckie podwórko.
Podsumowanie
Czy polski model zarządzania kynologią, w tym szczególnie kynologią łowiecką, oparty o hybrydę współpracy ZKwP i PZŁ, z wyraźnie dominującą rolą tego pierwszego, przyniósł dobre owoce? Właśnie patrząc na owoce, można śmiało powiedzieć, że nie. Kolejne pytanie nasuwa się automatycznie. Czy chcemy zmiany tej sytuacji, czy chcemy przywrócić dobrze rozumianą elitarność polskiej kynologii łowieckiej, czy chcemy aby polskie rasy psów myśliwskich rozwijały się na rzecz zadań, dla których były stworzone i były kwiatami polskiej kultury łowieckiej, czy chcemy aby polscy myśliwi mogli kupować piękne, ale przede wszystkim mądre, dobrze służące łowiectwu psy myśliwskie, u polskich hodowców?
Nie wyobrażam sobie odpowiedzi innej, niż twierdząca. Pytanie jak zmienić obecną niedobrą sytuację? Zapewne będzie wiele pomysłów, i jest też zapewne wiele dobrych dróg do normalności. Pozwolę sobie przedstawić w wielkim skrócie, zważywszy szczupłość miejsca, swój pogląd w tej sprawie.
Wnioski
Po pierwsze, o czym już wyżej wspomniałem, dzisiejsza, hybrydowa konstrukcja ZKwP/PZŁ na polu kynologii łowieckiej musi być zmieniona, ze względu na trwałą, udowodnioną przez dziesięciolecia impotencję, w realizowaniu celów dla których powstała. Wydaje mi się, że wzorem wielu krajów ościennych, mających dobrze rozwiniętą kynologię łowiecką, powinien powstać, nazwijmy to roboczo, Polski Związek Psów Myśliwskich, który przejmie od ZKwP i PZŁ wszystkie ich zadania dotyczące kynologii łowieckiej. Wielkim pytaniem jest, jak zbudować szczegółową formułę takiego związku. Wydaje mi się, że formuła równowagi będzie najłatwiejsza do przeprowadzenia, a przez to najbardziej realna. Wielkim pytaniem jest też, jakie rasy psów myśliwskich mają realne szanse na przetrwanie dla łowiectwa, a więc również, które z nich powinny przejść do kategorii „piękny ale niekoniecznie mądry”, z wszystkim tego dla zadań hodowlanych skutkami. Wybór z pewnością nie będzie łatwy, a brzemienny w skutki.
Spróbowałem narysować dosyć grubą kreską struktury na szczeblu krajowym, mające integrować realizację zadań kynologii w wielu wymiarach praktycznych. Jednak nie Związek Psów Myśliwskich powinien być odpowiedzialny za realizację praktycznych zadań hodowlanych w poszczególnych rasach/grupach ras. Tę rolę powinny pełnić kluby ras/grup ras. One powinny prowadzić księgi rodowodowe swoich ras, one powinny realizować codzienny nadzór nad jakością użytkową i eksterierem, one powinny organizować konkursy i przeglądy eksterieru – jednym słowem – one powinny być miejscem realizacji wszelkich praktycznych aspektów pracy hodowlanej. W tym miejscu jedna ważna uwaga. Organizacja pracy klubowej dla ras polskich, powinna być inna niż dla ras niepolskich. O ile dla ras polskich, to nasze kluby powinny budować standardy wymagań do których powinni dostosować się hodowcy zagraniczni, o tyle zarządzanie hodowlą ras niepolskich, powinno być podporządkowane oczekiwaniom ich klubów macierzystych, a przy ich braku, oczekiwaniom FCI. Tutaj klasycznym przykładem mogą być rasy wyżłów brytyjskich. Hodowla psów myśliwskich jest znakomitym przykładem na to, jak integracja realizacji zadań hodowlanych w całej europejskiej przestrzeni hodowlanej ma wielki sens. Tak jak nie powinno być osobnych, prawie się nie przenikających populacji wyżłów niemieckich, tak również, nie powinno być różnych, w różnych częściach Europy, populacji polskich gończych czy ogarów.
Wróćmy do początku, a więc do pytania, czy przyjęty niedawno przez Naczelną Radę Łowiecką ramowy regulamin Klubu Grupy Ras (Klubu Rasy) realizuje oczekiwania środowiska kynologów łowieckich? Z mojej perspektywy – niestety nie. Przyjęty regulamin tylko nieco pudruje dotychczasowy system, i jeżeli wyraża strategiczne widzenie przyszłości polskiej kynologii łowieckiej, to przyszłość ta nie wygląda różowo. Celowo nie zanurzam się w szczegółową analizę poszczególnych zapisów, choć jest sporo takich, które pewnie warto zmienić. Nie w szczegółach tego tekstu leży bowiem rozwiązanie narosłych od dziesięcioleci problemów, a w zbudowaniu nowej jakości całego systemu. Co do jednego tylko szczegółu muszę koniecznie zabrać głos. Byłbym prawdziwie szczęśliwy, gdyby tego rodzaju dokumenty miały swojego autora/autorów, nie mających lęku ujawnić swoich nazwisk na dole zapisu.


W ciągu czterech miesięcy od ukazania się tego artykułu sporo się wydarzyło zarówno w kynologii łowieckiej jak i w polskim łowiectwie . Z artykułu wynika , że polska kynologia łowiecka jest w bardzo trudnej sytuacji . Nowe władze PZŁ poczyniły pewne kroki zdając sobie sprawę jak bardzo jest ona istotna w nowej otaczającej nas rzeczywistości . 1/ Po znowelizowaniu ustawy dwa lata temu wymuszjącej zmiany w regulaminach przeprowadzania konkursów zapowiadano wprowadzenie warunku posiadania przez członków koła odpowiedniej ilości psów o udokumentowanym ułożeniu w ubieganiu się o dzierżawę obwodu ! 2/ Na dokonanie kosmetycznych zmian w regulaminach czekaliśmy dwa lata ! 3/ Podobnie jak w ubiegłum roku większość konkursów została odwołana mimo, że w tym samym czasie sąsiedzi potrafili je przeprowadzić . 4/ Władze PZŁ przedstawiły projekt udzielania dzierżawy obwodów K.Ł. w którym pominięto kynologię łowiecką ! Jeśli przeanalizujemy stan polskiej kynologii to okaże się że :1/ większośc K. Ł. nie posiada psów pracujących . 2/Większość mysliwych nie ma pojęcia o pracy psa ! 3/Pojawienie się termowizji ( łatwość zlokalizowaniem zwierzyny przed strzałem i mylne pojęcie jej zlokalizowania po strzale ) kompletnie zmarginelizowało posiadanie psa wśród myśliwych ! 4/ Polowanie bez psa jest w Polsce tradycją ! Jedynie Koła Łowieckie organizując komercyjne polowania na kaczki starają się wymusić na uczestnikach przyjazd z psem ( ten stosunek wychodzi średnio 1 do 6 ) .5/ Powracając do konkursów i prób polowych to od wileu lat widać , ze są one organizowane dla osób niestowarzyszonych stanowiących większość dla których otrzymanie dyplomu jest niezbędne do prowadzenia hodowli . Jedynym ratunkiem dla polskiego łowiectwa a co za tym idzie poprawy jego wizerunku jest zmuszenie przez władze PZŁ , Kół Łowieckich do posiadania odpowedniej ilości psów o udokumentowanym ułożeniu . W innym wypadku będzie następować agonia polskiego łowiectwa . Bez psa nie ma i nie może być polowania !!! Obojętnie czy na drobną czy na grubą zwierzynę !!! Darz Bór !
Dziękuję za ten wpis. Niestety muszę się w pełni zgodzić z jego treścią. Kynologia łowiecka właściwie znika z katalogu zadań systemu, jako istotny element polowania i kultury łowieckiej. Ponieważ proces znikania kynologii łowieckiej z polskiego łowiectwa, a właściwie głównie z aktywności PZŁ, trwa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat, może warto odrzucić marzenia/złudzenia/nadzieje, że w takiej formule jak to jest obecnie, sytuacja ulegnie zmianie na lepsze. Nie ulegnie. Zamierzam napisać parę słów na ten temat, zresztą wspominałem już parę razy w różnych tekstach o moim widzeniu zagadnienia. Jedyną prawdziwą drogą jest kynologia budowana na prawdziwych klubach ras. Nie PZŁ-owskich czy ZKwP-owskich, tylko prawdziwie realizujących zadania hodowlane. Jednym słowem kynologia elitarna w najlepszym tego słowa znaczeniu. Dobrym przykładem w Polsce niech będzie droga jaką podąża Klub Posokowca – zachęcam do zapoznania się z ich ostatnimi decyzjami. Niestety, będzie łowiectwo budowane wokół zapasów na zimę i radosnego strzelania do nadmiaru dzików czy jeleni. Będzie też łowiectwo budowane na wartościach w jakich niektórych z nas wychowano. Trzeciej drogi nie ma, jak mawiali starożytni Rzymianie. Pozdrawiam
Nie przyglądałem się działaniom klubu posokowca . Znane mi są zasady działalności Klubów w Czechach i ten wzorzec jest mi bliski . Nie tylko ja uważam , że czeska kynologia , jej zasady ,warunki a przede wszystkim regulaminy pracy są najbardziej wymagające na świecie . Dopóki ster polskiego łowiecka będzie w rękach osób dla których priorytetem jest dowartościowanie własnej osoby a nie jej wizrunek i jej dobro , dopóty pies użytkowy będzie rzadkością podczas polowania . Nie wystarczy edukacja myśliwych , uświadomienie jak ważna i obligatoryjna jest obecność wyszkolonego psa podczas polowania ! Zapewne większość zdaje sobie z tego sprawę . Bez wymuszenia obowiązku posiadania odpowiedniej ilości psów w Kołach Łowieckich każdy zapis będzie „pusty”. Prawdę mówiąc , jeżeli obecni decydenci PZŁ ( Łowczy Krajowy i wiele osób etatowych Zarządu Głównego ) szczycący się osiągnięciami w kynologii łowieckiej bagatelizują ją , to jak napisałem w poprzdnim poście , czeka polskie łowiectwo agonia ! Nie będziemy bowiem mieć żadnych atutów by obronić sens polowania na ptactwo ! Po nich przyjdą wyłączenia poszczególnych gatunków grubej zwierzyny i pozostanie jak napisał kolega dzik ! Jeżeli chodzi o wspomniane kluby to przecież mamy ich bardzo dużo . W ciągu ostatnich dwóch lat zawiązał się Klub Wyżła Krótkowłosego przy PZŁ oraz wiele regionalnych Klubów Wyzłów przy PZŁ . I co z tego ? Oprócz struktur organizacyjnych potrzebne są osoby z wiedzą , doświadczeniem i osiągnięciami w tej materii. Z niecierpliwością czekam na obiecane słowa kolegi na poruszony temat . Pozdrawiam
E tam, fani chlania wódy z pukawką w dłoni. Jest gość który twierdzi że jesteście jak gwałciciele. Ci są ścigani za popełnione przestępstwa. Wasz czas też kiedyś nadejdzie ! Psychopaci.
Do niedawna polowanie było szeroko akceptowane i myśliwi przyzwyczaili się do licencji na bezkarne zabijanie. Dlaczego więc w społeczeństwach zachodnich narasta sprzeciw wobec polowania dla przyjemności (czyli rekreacyjnego), a szczególnie „polowania w puszce” i polowań zbiorowych? Po części poprawa stosunku do zwierząt należy do ogólnego postępu cywilizacyjnego polegającego przede wszystkim na zwiększeniu kontroli przemocy i okrucieństwa wobec ludzi i nieludzi dzięki cywilizującemu wpływowi państwowości i porządku prawnego premiujących kontrolę nad własnymi popędami. Dodatkowo w ostatnich dziesiątkach lat do pozytywnych zmian w postawach wobec zwierząt walnie przyczynił się rozwój wiedzy, zwłaszcza etologii kognitywnej, czyli zoopsychologii i neurobiologii. Nauki te informują etykę o podmiotowości, a szczególnie doznaniowości ssaków i ptaków, do których należą prawie wszystkie ofiary prześladowania przez myśliwych.
Obecna wiedza o funkcjonowaniu mózgu i zachowaniach zwierząt pozwala nam w pewnym stopniu poznać ich umysły. Przede wszystkim jednak, co etycznie najważniejsze, jednoznacznie dowodzi immanentnej wartości życia zwierząt wynikającej z posiadania przez nie w mózgu generatorów doznań pozytywnych (w układzie mezolimbicznym). Zwierzęta nie tylko mogą cierpieć, ale doznają też przyjemności towarzyszącej zarówno aktom spełniającym, jak i różnym formom aktywności, w szczególności eksploracji, zabawie i kontaktom społecznym.
Zwierzę kontra „pan stworzenia”
Czytaj także:
Krowa też człowiek
Zabicie zdrowego ssaka lub ptaka jest pozbawieniem go gratyfikującego życia. Wiedza ta w połączeniu z pewnym (nawet przeciętnym) poziomem empatii i poczucia przyzwoitości (fairness, sprawiedliwości) motywuje sprzeciw wobec zabijania dla przyjemności, nawet jeżeli moralność konwencjonalna większości ludzi jeszcze akceptuje zabijanie zwierząt na mięso. Oczywiście krytyczne znaczenie dla udostępnienia zarówno wiedzy o zwierzętach, jak i wiedzy o praktykach myśliwych mają współczesne media, przede wszystkim internet.
Tak ukształtowana opinia publiczna zaczyna dostrzegać zło zabijania dla przyjemności setek milionów ssaków i ptaków oraz ewidentne znęcanie się nad nimi w niektórych formach polowania (np. z nagonką i przy lisich norach) i szkoleniach psów (np. norowanie i pozaregulaminowe, pomysłowe jatki, które tylko rzadko docierają do wiadomości publicznej). Zło, którego nie da się bronić jako koniecznego – gdyby nawet czasowo niezbędna była letalna kontrola populacji jeleniowatych i dzików, co jest dyskusyjne, to polowanie na ptaki i ssaki innych gatunków, czyli większość spośród 32 gatunków „zwierząt łownych”, nie ma żadnego uzasadnienia ekologicznego. Zło samego polowania spotęgowane jest przez jego skutki. Polowanie niewspółmiernie intensyfikuje chroniczny strach dzikich zwierząt i pozbawia cywilizowanych ludzi coraz bardziej pożądanego, pełnego kontaktu z przyrodą wraz ze zwierzętami, a nie tylko z pustym lasem. Strach przed ludźmi sprawia, że jeleniowate boją się wychodzić na otwarte przestrzenie i powodują większe szkody w gospodarce leśnej, co jest kolejnym pretekstem dla myśliwych do ich zabijania. Łowiectwo propaguje wizerunek dzikich zwierząt jako zasobów mięsa oraz/lub potencjalne zagrożenie dla „panów stworzenia” i przez to przeciwdziała ochronie gatunkowej, której skuteczność zależy w znacznym stopniu od postaw wobec zwierząt przeciętnych obywateli, a zwłaszcza miejscowej ludności. Łowiectwo brutalizuje społeczeństwo szczególnie przez wychowanie dzieci, którym rodzice ustawiają mózgowy układ nagrody na radość z zabijania, zanim dzieci staną się zdolne do własnej oceny moralnej.
Zastrzelony warchlakZastrzelony warchlak Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Nadwrażliwy renegat myślistwa
Dla społeczności myśliwych całe to zło jest legitymizowane przez moralność łowiecką, która jest złą moralnością, tak jak moralność grupy przestępczej czy moralność kanibali. Społeczne hominidy jako ssaki świadome sprawstwa swojego i innych są skazane na moralność – żadna ludzka grupa nie może się utrzymać przez współdziałanie członków bez przestrzegania wzajemności i wspólnej wartości czy celu. Moralność jest tu rozumiana jako biokulturowo wyewoluowany i mniej lub bardziej bezkrytycznie przyjmowany tradycyjny system wartościowania zachowań i postaw we własnej grupie. Jak każdy produkt ewolucji (czyli zastany stan rzeczy), moralność podlega etycznej ocenie, ale do krytycznej refleksji nad zastaną moralnością przeważająca większość ludzi, w tym myśliwych (poza pojedynczymi renegatami), samodzielnie nie dochodzi. Krytyka polowania w świetle obecnych nurtów myśli etycznej podejmowana była przez filozofów-etyków wielokrotnie i wykracza poza ramy tej analizy, której przedmiotem jest motywacja i moralność myśliwych.
Wszystko, co już wiadomo na podstawie nielicznych badań oraz wielu wypowiedzi samych praktykujących myśliwych (przekaz z introspekcji renegatów myślistwa powinien być traktowany ostrożnie, ponieważ okazali się oni bardziej wrażliwi i nie są reprezentatywni dla większości myśliwych, a wspomnienia ich doznań mogą być nawet nieświadomie zabarwione przez obecną perspektywę), potwierdza tezę, że głównym, a często jedynym motywem polowania jest zabijanie. Dotyczy to polowania dla przyjemności, określanego w anglojęzycznej literaturze jako polowanie rekreacyjne, a niekoniecznie polowania gospodarczego, czyli dla mięsa lub zysku z jego sprzedaży, które praktykowane jest przez ludność wiejską i motywowane zapewne tak samo jak zabijanie na mięso zwierząt gospodarskich. Cała dalsza analiza dotyczy polowania rekreacyjnego.
Ja nie zabijam, ja dbam o przyrodę
Lis na jednej z polskich firm futrzarskich. Zdjęcie udostępnione przez stowarzyszenie Otwarte Klatki
wywiad
Czytaj także:
Przyzwyczajamy się do okrucieństwa. Lisy zabija się prądem, norki giną w komorach gazowych
W publikowanych wywiadach myśliwi umniejszają znaczenie samego zabijania jako wskaźnika satysfakcji czy jakości polowania i podają inne motywy, zwykle dbałość o ekosystem, kontakt z przyrodą, potrzebę relaksu czy kultywowanie tradycji. Przyjmowanie takich deklaracji za dobrą monetę byłoby naiwne, ponieważ atawistyczne popędy odziedziczone po paleolitycznych łowcach-zbieraczach mogą nie być w pełni uświadamiane. Co ważniejsze, myśliwi czują presję nasilającej się krytyki społecznej, o czym dobitnie świadczy porównanie szczerych wypowiedzi myśliwych o polowaniu dla zabawy i mocnych przeżyć z początku XX wieku opublikowanych na łamach „Łowca Polskiego” i dorobionej ideologii działania na rzecz ochrony przyrody z końca tego wieku. Spektakularnym dowodem zakłamania elit Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ) są ich odpowiedzi na ankietę, według których najbardziej satysfakcjonującym etapem polowania jest obserwacja zwierzyny (69 proc.), a samo jej zdobycie przynosi mało satysfakcji (11 proc.). Jest to wynik unikatowy w skali światowej, który pozostaje w rażącej sprzeczności z popularnością polowania z nagonką i „polowania w puszce” (w których uczestniczyli prominenci PZŁ) – chyba że satysfakcjonująca obserwacja dotyczy paniki i agonii zwierząt wypędzonych lub wypuszczonych pod lufy.
Deklaracjom starszyzny PZŁ zadają też kłam wspomnienia polskich myśliwych, w których trudno doszukać się zainteresowania zwierzętami poza tropieniem ich jako ofiar.
W rzeczywistości, jak otwarcie przyznaje prominentny niemiecki myśliwy Florian Asche (ekspert prawny „Deutsche Jagdzeitung”) w książce pod znamiennym tytułem „Polowanie, seks i jedzenie zwierząt. Radość z archaizmu”, w polowaniu chodzi tylko o to, żeby zabić:
„Nie polujemy dlatego, aby przywrócić równowagę ekologiczną. A przynajmniej nie jest to napędowym motywem naszej działalności. Jest to tylko usprawiedliwienie dla naszych popędów i chęci, które sięgają dużo głębiej niż zapobieganie szkodom powodowanym przez zwierzynę i utrzymanie równowagi ekologicznej. Zadania te mogą co najwyżej regulować, jak polujemy, ale nie czy polujemy (…). Uprawiamy seks dlatego, że nam sprawia przyjemność i radość. Idziemy na polowanie dlatego, że nam sprawia przyjemność i radość”.
Potwierdza to analiza statystyczna wskaźników satysfakcji myśliwych: najbardziej zadowoleni są z polowania ci, którzy coś zabili. Myśliwi mogą deklarować, że najważniejsze jest samo podniecenie (excitement), a nie zabijanie, ale planują polowania w miejscach, w których zabili najwięcej zwierząt (A. Woods, G.N. Kerr, Recreational game hunting: motivations, satisfactions and participation, Land Environment and People, Research Report No. 18, Lincoln University, Canterbury, New Zeland 2010). Zresztą bez zamiaru zabicia nie byłoby podniecenia!
Ślady polowania na dzikiŚlady polowania na dziki Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Mężczyzna sadysta?
Polują głównie mężczyźni i męska skłonność do polowania koreluje z poziomem agresji, głównie agresji instrumentalnej. W odróżnieniu od agresji reaktywnej (ekspresyjnej, impulsywnej) agresja instrumentalna (proaktywna) polega na kalkulowanym, planowym działaniu przeciwko komuś w określonym celu. Jeżeli celem tym jest gratyfikacja (radość, satysfakcja) z przemocy i zadawanie cierpienia, to taka agresja instrumentalna związana z okrucieństwem nazywana bywa agresją apetencyjną. Mężczyźni znacznie częściej niż kobiety znęcają się nad zwierzętami, np. przez ustawianie walk psów, kogutów. Innym przykładem agresji apetencyjnej jest zachowanie dzieci-żołnierzy w Kongu (DRC) polujących na ludzi (głównie mężczyzn). Chłopcy ci czują radość z zabijania, co ma dla nich pozytywne skutki, bo zapobiega PTSD (posttraumatic stress disorder) i innym zaburzeniom psychicznym występującym u żołnierzy (T. Elbert, R. Weierstall, M. Schauer, Fascination Violence: On mind and brain of man hunters, „European Archives of Psychiatry and Clinical Neuroscience”, 2010; T. Hecker, K. Hermenau, A. Maedl, M. Schauer, T. Elbert, Aggression inoculates against PTSD symptom severity – Insights from armed groups in the eastern DR Congo, „European Journal of Psychotraumatology”, 2013).
Ślady polowania na dzikiŚlady polowania na dziki Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Agresja jest regulowana przez hamowanie (z udziałem serotoniny). Odpowiednia socjalizacja, czyli wychowanie, może agresję selektywnie odhamować, i to właśnie robią wojskowi dowódcy murzyńskich dzieci-żołnierzy i rodzice-myśliwi, którzy uczą swoje dzieci fascynacji zabijaniem. „W nowoczesnym społeczeństwie ludzie polują, bo zostali nauczeni polować, i ten proces socjalizacji jest pod silnym wpływem geografii i płci” (T.A. Heberlein, G. Ericsson, K.U. Wollscheid: Correlates of hunting participation in Europe and North America, „Zeitschrift für Jagdwissenschaft”, 2002). W USA pięciu na sześciu myśliwych pochodzi z rodzin, w których ktoś polował, podczas gdy tylko jedna czwarta osób niepolujących wzrastała w rodzinie, w której ktoś polował. W Polsce ponad połowa (52 proc.) badanych wywodzi się z myśliwskich rodzin, a pozostałych namówili koledzy z pracy lub znajomi.
Urodzeni agresorzy
Jan Szyszko
Czytaj także:
Polska w trocinach. PiS jedzie z piłą i buldożerami od morza do Tatr
Ludzie mają wrodzony potencjał okrucieństwa i okrucieństwo należy do psychicznej normy reakcji Homo sapiens. Okrucieństwo występuje we wszystkich populacjach i kulturach u mężczyzn, kobiet i dzieci, ale oczywiście w przeciętnych warunkach przejawia się tylko u niektórych osób. Jednak badania zbrodni wojennych oraz eksperymenty socjopsychologiczne wykazały, że do okrucieństwa zdolna jest większość zwykłych, normalnych ludzi. W ewolucyjnej perspektywie należało tego oczekiwać, ponieważ okrucieństwo pojawiło się u wspólnych przodków szympansów i ludzi, na co wskazuje okrucieństwo szympansów. Szympansy znęcają się nad wrogami z innej grupy oraz, podobnie jak niektóre dzieci, zabijają żółwie przez wtykanie im patyka do kloaki wyłącznie dla zabawy, bo nie jedzą żółwi. Szympansy często jedzą jeszcze żywe gerezy (Procolobus – liściożerne małpy z rodziny makakowatych) i wydobywają galago (Galago – małe małpiatki z grupy lorisokształtnych) ukryte w dziuplach przez nadziewanie ich na zaostrzone patyki, chociaż te zachowania pokarmowe mogą być interpretowane jako okrutne tylko w kontekście innych zachowań i zdolności szympansów.
Ludzie regularnie polują przynajmniej od pół miliona lat, a pewno nawet od dwóch milionów lat, i prawie cały ten czas (aż do wynalezienia broni palnej) ręcznie zabijali (tzn. zarzynali i zatłukiwali) zwierzęta.
Wzmocnienie motywacji do polowania i zabijania zdobyczy było prawdopodobnie pierwotną funkcją okrucieństwa, ponieważ polowanie zawsze okrucieństwa wymagało.
Dla ludów plemiennych zdolność zabijanej zwierzyny do odczuwania cierpienia (przynajmniej ssaków) była oczywistością, co nie przeszkadzało im – i nadal nie przeszkadza (np. plemionom w Afryce i Ameryce Płd., a także traperom i kłusownikom) – w podcinaniu ścięgien tylnych nóg słoni, paraliżowaniu zatrutymi strzałami, zatłukiwaniu ofiar, zwłaszcza dużych, jak słonie czy bawoły, złapanych w doły. Victor Nell wyjaśnia atrakcyjność polowania działaniem „pain-blood-death complex” na układ nagrody drapieżników: „W trakcie ewolucji ssaków i hominidów prominentnymi wzmacniaczami, które kształtowały przystosowania drapieżnicze i myśliwskie, były ucieczka i ból ofiary, a następnie widok, zapach i smak krwi” (V. Nell, Cruelty’s rewards: the gratifications of perpetrators and spectators, „Behavioral and Brain Sciences”, 2006). Nawiązują do tego dzikie zabawy myśliwych z krwią ofiar. Okrucieństwo mogło też wzmacniać wewnątrzgatunkową agresję, która może służyć do zdobycia dominacji (przez siłowe podporządkowanie lub zastraszanie pokazami okrucieństwa), a także do karania zachowań niezgodnych z moralnością grupy. Dodać należy, że polowanie i wewnątrzgatunkowa agresja nie wykluczają się jako czynniki ewolucji okrucieństwa, tym bardziej że wojenne obławy szympansów i ludzi przypominają polowanie i są podobnie motywowane (np. Hutu polowali z maczetami na Tutsi).
Obecnie polowanie też wymaga okrucieństwa. W najlepszym przypadku (np. myśliwego strzelającego celnie z ambony) jest to satysfakcja z samego zabicia, ale okrucieństwo jest znacznie bardziej wyrafinowane w innych formach polowania.
Polowanie na dzikiPolowanie na dziki Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Polowanie otwiera przestrzeń dla zbrodni
Polowanie z nagonką i przy stogach daje komfortowo wyposażonym, sytym i bezpiecznym (pomijając możliwość postrzelenia przez kolegę) myśliwym możliwość podniecania się przedśmiertną paniką zwierząt brutalnie wygonionych pod lufy na otwartą przestrzeń. Zimowe polowanie przy lisich norach polega na tym, że myśliwi czekają, aż wytresowany do tego pies wypędzi lisa z nory pod ich lufy. Właśnie licencja na okrucieństwo, czyli na legalne i bezkarne czynienie zła, stanowi ostateczną atrakcję polowania. Paul Parin, szwajcarski neurolog, psychoanalityk, pisarz i zarazem zapalony myśliwy, tak charakteryzuje pasję łowiecką:
„Od moich pierwszych przygód myśliwskich wiem jedno: polowanie otwiera przestrzeń dla zbrodni i mordu oraz seksualnego pożądania. Licencja ma bardziej radykalne znaczenie niż niemiecki wyraz Freibrief: zakazy przestają obowiązywać. Pisząc o polowaniu, trzeba pisać o seksualnych żądzach, okrucieństwie i zbrodni (…). Nie ma prawdziwego polowania bez umyślnego zabijania. Zapaleni myśliwi chcą zabijać. Pojęcie polowania bez mordu jest bez sensu. Ponieważ w polowaniu chodzi o pasję, zmysłowe pożądanie – czy o stan ekstazy – ta książka jest o sex and crime, seksualnych żądzach i wszelkiego rodzaju zbrodniach, o mordzie i Lustmordzie”.
Marek Porczak – myśliwy, członek Koła Łowieckiego ‚Ostoja’ w Jarosławiu. Ma 56 lat, od 15 lat jest myśliwym. Zastrzelił pięć dzików
wywiad
Czytaj także:
Myśliwy się buntuje: ja nie strzelam dla przyjemności. A już strzelanie do dzika to świństwo
Do wniosku, że „polowanie pozostaje ostatnim refugium, w którym wolno zabijać dla przyjemności”, doszła również Petra Mayr, która w autorefleksji myśliwych znalazła dwa motywy polowania: archaiczny popęd do zabijania i chęć oswojenia się z własną śmiercią w myśl, że „zabijanie chroni przed śmiercią”, zwłaszcza przez tanatologiczne rytuały (np. nad „pokotem” trupów zwierząt po zbiorowym polowaniu). Obydwa te motywy przytaczane były w pseudoetycznych usprawiedliwieniach polowania przez jego naturalizację, która równie dobrze mogłaby usprawiedliwić zwykłe gwałty i mordy. Mayr zauważa też, że by móc odczuwać przyjemność z władzy nad zabijaną ofiarą, zabójca musi się wczuć w jej położenie – w tym sensie myśliwi nie są pozbawieni empatii, czasem określanej jako empatia negatywna, którą wykorzystują do czerpania przyjemności z cierpienia (a więc stanu emocjonalnego) ofiary.
Wbrew popularnemu rozumieniu empatia jest przede wszystkim zdolnością do poznania stanu motywacyjnego innego podmiotu i nie zawsze wywołuje empatyczną troskę motywującą pomoc.
Ponadto wiadomo, że empatia jest przynajmniej częściowo kontrolowana przez moralność grupy, co jednak nie usprawiedliwia ludzi, którzy dobrowolnie przystąpili do tej grupy jako dorośli, chociaż może usprawiedliwiać osoby uzależnione od zabijania jako dzieci, ale to przenosi odpowiedzialność za zło na moralność łowiecką i instytucje, które ją wdrażają.
Poluj i poczuj dzikość
Szczere wyznania myśliwych-pisarzy, szczególnie na temat związku żądzy mordu i seksu, znajdują potwierdzenie w jednej z najgłębszych analiz psychiki myśliwych, jaką przeprowadził znany amerykański antropolog i prymatolog Matt Cartmill:
„W rzeczywistości samo to zło może być częścią atrakcji polowania. Niektórzy mężczyźni, jak William Thompson, lubią poczucie zła; i niektórzy myśliwi lubią ich sport właśnie dlatego, że pozwala im poczuć dzikość, deprawację i szaleństwo. Jest to dionizyjska forma polowania i współczesny ekwiwalent diasparagmos – wiejski odpowiednik biegania w nocy w Central Parku i gwałcenia i mordowania przypadkowych nowojorczyków (…).
Myśliwi czasem tak samo usprawiedliwiają polowanie jak liczni gwałciciele gwałt: upierają się, że to nie oni są winni, bo ofiara sama się prosiła o zabicie.
Ortega y Gasset wspomina grupę hiszpańskich myśliwych, którzy gwałtownie zatrzymali samochód i gorączkowo rzucili się do strzelb, gdy zobaczyli przy drodze parę wilków. Ortega zwala winę na wilki: To jest sprawa odruchu bez zastanawiania się ani przez chwilę. To nie człowiek przydziela tym wilkom rolę możliwej zdobyczy. To samo zwierzę – w tym wypadku same te wilki – domaga się takiego potraktowania. (…) Niektóre uczucia wyrażane przez wielu myśliwych – mordercza miłość i inne sprzeczne emocje, niepokój o tożsamość seksualną a la Hemingway, delektowanie się złem, fałszywe i pogardliwe uczucie do ofiary, odmowa myślenia o ofierze jako jednostce – to częste uczucia gwałcicieli”.
Obszerny materiał potwierdzający psychologiczne podobieństwo polowania do gwałcenia kobiet znalazł Brian Luke w książkach ośmiu prominentnych amerykańskich myśliwych*. Podobieństwo to polega na erotycznym pożądaniu posiadania i kombinacji seksualnego podniecenia z przemocą. Erotyczne podniecenie jest tym silniejsze, im piękniejsza wydaje się zdobycz, której na dodatek chętnie przypisuje się podniecenie seksualne. Luke słusznie podkreśla, że traktowanie większości gwałcicieli jako dewiantów jest błędne, ponieważ męski, heteroseksualny gwałt jest zjawiskiem rozpowszechnionym, co oczywiście nie może być jego usprawiedliwieniem. Notoryczne usprawiedliwienie się myśliwych przez naturalizację gwałtu polowania jest ewidentnie nie do przyjęcia w żadnym systemie etycznym.
Polowanie na dziki w okolicach MszczonowaPolowanie na dziki w okolicach Mszczonowa Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta
Romantyczny gwałciciel kopuluje z przyrodą
Stosunek romantycznego gwałciciela do ofiary dobrze oddają wyznania jeszcze innego amerykańskiego myśliwego-pisarza:
„Przyjemnie jest w drodze do domu czuć na plecach ciężar zdobyczy w plecaku z wystającym porożem. W czasie przerwy na odpoczynek dotykam czubków korony, pieszczę odrostki tyki (albo różę) i miękkie włosy na głowie. Polowanie jest pasją, którą lepsi niż ja próbowali opisać (…) i usiłowali wyjaśnić. Niektórzy nazwali ją sportem. Nie zgadzam się. Niektórzy nazwali to okrucieństwem i niesprawiedliwością – niecywilizowanym aktem służącym do zabijania. Nie zgadzam się. Nie ma w tym więcej sportu niż przy pracy w ogrodzie i nie ma w tym więcej zamiaru zabijania [zwierząt – przyp. A.E.] niż zamiaru zabijania warzyw przy uprawianiu grządki. Jeżeli miałby to być sport, to z kim się współzawodniczy? Ze zwierzętami? Czerwienię się na takie porównanie, uwzględniając naszą broń i umiejętności polowania. Gdyby ktoś to nazwał kopulacją z przyrodą, to żachnąłbym się na dobór słów, ale dobrze wiedziałbym, co ta osoba czerpie z polowania”. (V. Geist: Mountain Sheep and Man in the Northern Wilds).
„Kopulacja z przyrodą”, do której przyznaje się zapalony myśliwy, wskazuje inną, rzadziej poruszaną emocję, jaką jest niemal erotyczny stosunek podziwu i fascynacji (najlepiej oddaje to angielskie słowo awe) dziką przyrodą.
Analiza amerykańskich czasopism łowieckich wprawdzie potwierdza, że w moralności myśliwych przeważa przemoc i uprzedmiotowienie zwierząt, ale „często widzą swą zdobycz w mieszanej perspektywie Love and Kill”, mówią o poczuciu „wspólnoty,” „poszanowaniu życia”, „podziwu dla przyrody” i „podziwu dla zdobyczy”. U części ludzi faktycznie znane jest wrodzone poczucie więzi z przyrodą, „silny pierwotny impuls, głęboka potrzeba ściślejszego kontaktu z dziką przyrodą, dzikością”. Twórca socjobiologii Edward O. Wilson nazwał tę potrzebę biofilią i zdefiniował ją jako wrodzony „popęd do afiliacji z innymi formami życia”. Hipoteza ta została w dużym stopniu potwierdzona z uwzględnieniem różnych perspektyw badawczych. Biofilia była i jest podstawą funkcjonowania społeczności zbieracko-łowieckich, a obecnie wyraża się przez postawy „ekologistyczne” oraz „naturalistyczne”, łączące zainteresowanie przyrodą i troskę o gatunki z obojętnością wobec losu osobników.
Biofil zabija etycznie
4 marca 2017 r., Kraków. ‚Matki Polki na wyrębie’ – protest z inicjatywy Cecylii Malik przeciwko wycinaniu drzew
wywiad
Czytaj także:
Foki, bobry, pszczoły, drzewa. Zabijam, bo lubię
Angielski filozof Roger Scruton zaproponował, że obserwowana u części myśliwych ambiwalencja stosunku do ofiar jest pozostałością totemizmu plemion łowiecko-zbierackich, które duszę przypisywały gatunkom, a zabijane zwierzęta miały status ofiar wcielających jedność plemienia i gatunku. Również Dorota Rancew-Sikora („Sens polowania – Współczesne znaczenie tradycyjnych praktyk na przykładzie analizy dyskursu łowieckiego”, Warszawa 2009) dopatrzyła się śladów składania ofiar w ceremoniale łowieckim, o czym świadczyć miałyby udział katolickich duchownych i odprawianie obrzędów religijnych, co sugeruje asymilację totemizmu przez chrześcijański kult ofiar. Jakkolwiek mistyka ofiarnictwa może inspirować nielicznych kultywatorów „tradycji łowieckich”, to współcześni myśliwi w większości podchodzą do rytuałów z przymrużeniem oka i są motywowani nie żadnym kultem, lecz pragnieniem bezkarnego zabijania. Księży przyciąga do polowań to samo co innych myśliwych, tylko jeszcze silniej z powodu celibatu i innych ograniczeń zawodowych, a przymierze PZŁ z Kościołem odgrywa tę samą rolę polityczną co przymierze z komunistami (PZPR) za czasów ich rządów.
Stephen Kellert nazywa myśliwych-biofilów nature hunters – stanowią oni 20-procentową mniejszość amerykańskich myśliwych. Znanymi myśliwymi-biofilami byli wspomniany José Ortega y Gasset oraz Aldo Leopold, amerykański leśnik i twórca naiwnej ekocentrycznej etyki środowiskowej, którą nazywał „etyką ziemi” (land ethics). Przedstawiał ją jako kolejny krok rozwoju moralnego, który poszerza (moralną) wspólnotę na glebę, wody, rośliny i zwierzęta. Według Leopolda moralnie dobre (right) jest to, co podtrzymuje integralność, stabilność i piękno wspólnoty życia, a złe to, co działa przeciwnie, a zatem wartość pojedynczych zwierząt i roślin wynika tylko z ich wpływu na zespół (biocenozę), a buk i kasztanowiec mają takie samo „biotyczne prawo” do życia jak wilk czy jeleń. Leopold bez wątpienia czuł głęboką więź z przyrodą, co – podobnie jak u innych myśliwych – zwiększało przyjemność zabijania wilków i jeleni na długo przed wymyśleniem „etyki ziemi” uzasadniającej polowania.
Przyjemność zabijania Jana Szyszki
Zagadki Jana Szyszki, czyli powrót krwawego myśliwego
Czytaj także:
Zagadki Jana Szyszki, czyli powrót krwawego myśliwego
Bez względu na to, czy myśliwy poluje, żeby zabić, czy „zabija, żeby polować”, dokonuje zabójstwa dla własnej satysfakcji i przyjemności. Dla myśliwych-prostaków sama przyjemność zabijania jest jedynym i wystarczającym motywem, czego dowodzi popularność „polowania w puszce”. Znanymi przykładami myśliwych-prostaków są m.in. zabójca częściowo oswojonego lwa w Zimbabwe, amerykański dentysta Walter Palmer, a w Polsce dwaj pogromcy hodowanych bażantów po raz pierwszy wypuszczonych na wolność, Jan Szyszko (były minister środowiska) i Lech Bloch (były łowczy krajowy i przewodniczący PZŁ). W sensie psychologicznym tacy myśliwi są mordercami, ponieważ działają z premedytacją dla uzyskania przyjemności z zabicia doznającego podmiotu. W taki sam sposób zabijanie dzikich zwierząt odbiera obecnie większa część opinii publicznej, natomiast prawna regulacja zgodna z etyką i stanem moralności publicznej musi poczekać na uznanie podmiotowości (osobowości) prawnej podmiotów pozaludzkich.
Bardziej wyrafinowani myśliwi-biofile są romantycznymi gwałcicielami, dla których zabijanie jest niezbędne do przeżywania quasi-erotycznego stosunku z przyrodą.
Cała „doznaniowa i kulturowa złożoność” motywacji tej kategorii myśliwych nie może ich usprawiedliwiać , tak samo jak obrzędy kanibali nie mogą być usprawiedliwione przez ich niewątpliwie porównywalną „doznaniową i kulturową złożoność”. Myśliwi-biofile nadają organizacjom łowieckim (takim jak PZŁ) charakter sekt odprawiających krwawe rytuały na łonie przyrody.
Pojęcie „ostatniego refugium, w którym wolno zabijać dla przyjemności”, nasuwa wyjaśnienie popularności polowania wśród księży, którzy zobowiązani są do wzorowego prowadzenia się oraz przestrzegania prawa i religijnej moralności. Jednocześnie księża, zwłaszcza katoliccy, mają ograniczony i cenzurowany dostęp do jakiejkolwiek cielesności, przez co tym bardziej atrakcyjne jest dla nich skorzystanie z licencji na legalny gwałt na zwierzętach. Zapewne sprzyja temu także głęboko zakorzeniona i rozpowszechniona w Kościele mizoteria. Podsumowując, przyjemność z zabijania i znęcania się jest, podobnie jak seks, naszym dziedzictwem ewolucyjnym, które wymaga samokontroli. Takim dziedzictwem jest również biofilia, która kojarzy się pozytywnie jako motywacja do postaw prośrodowiskowych, ale okazuje się etycznie ambiwalentna, ponieważ ochrona czy wręcz kult gatunków i ekosystemów często prowadzi do bezwzględnego traktowania indywidualnych podmiotów, zwłaszcza tych należących do gatunków uznanych za niepożądane. Postęp cywilizacyjny polega właśnie na kontroli nad pierwotnymi popędami i w tym sensie myśliwi (również myśliwi-biofile) wykazują deficyt cywilizacyjny, czyli barbarzyństwo rozumiane jako przeciwieństwo cywilizacji. Myśliwi i inni barbarzyńcy, którzy nie chcą się ucywilizować, powinni być do tego prawnie zmuszeni dla ochrony swoich ofiar przed ekstremalnym cierpieniem, dobra wszystkich innych ludzi i poszanowania moralności publicznej.
Danielu, czy naprawdę jesteś w stanie samodzielnie przeczytać ze zrozumieniem taki kawał tekstu? Jeżeli tak, to czapki z głów. Co do meritum – takiego steku pomówień, bzdurnych haseł i takiej dawki prymitywnej propagandy dawno nie czytałem. Widzisz Danielu, problem w tym, żeby czytając rozumieć treść. Do tego potrzeba niestety trochę wiedzy, wyobraźni i zdrowego rozsądku. Jak zawsze serdecznie pozdrawiam