„List otwarty do Rafała Ziemkiewicza” – BŁ 5/2015, dotykamy w dyskusji fundamentów

Ściągnąłem wczoraj internetowy, majowy numer BŁ i, jak zawsze z ciekawością, sięgnąłem po tekst pary Bołoz/Kałużycki zatytułowany jak na czołówce wpisu. Tekst doskonale, inteligentnie napisany i prawdziwie pokazujący wiele aspektów łowiectwa niewidocznych dla intelektualistów-mieszczuchów, posługujących się często prymitywną, „zieloną” retoryką, a w istocie nie rozumiejących problemu.

Chwilę przed zanurzeniem się w Bołoza i Kałużyckiego zajrzałem do FB-ka, gdzie znalazłem zdanie znakomicie wprowadzające do tego co chcę napisać. Znany zapewne wszystkim, Dalaj Lama powiedział kiedyś – „When you talk, you only repeating what you already know. But if you listen, you may learn something new”. Dla nie rozumiejących języka Szekspira podam proste tłumaczenie, które brzmi: Kiedy mówisz, powtarzasz tylko to co już wiesz. Kiedy słuchasz, masz szansę nauczyć się czegoś nowego.  Posłuchajmy więc Dalaj Lamy i ponownie, uważnie przeczytajmy tekst Rafała Zienkiewicza.

Przypomnę co napisał Rafał Zienkiewicz na swoim blogu, prowokując Kolegów Bołoza i Kałużyckiego do mocnej odpowiedzi. Cytuję zgodnie z wpisem na FB-owym profilu Redaktora Ziemkiewicza: „Nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt. Jesteśmy z natury mięsożerni, taki metabolizm, taki układ zębów – owszem, powie ktoś, że na tym etapie rozwoju cywilizacji już tego nie musimy robić, ale to nie powód, by tym, którzy chcą jeść normalnie, przeszkadzać w tym. Krowa jest po to, by dawać mleko, a potem iść pod nóż, kura żebyśmy mieli rosół i jajecznicę, a człowiek po to, żeby go zjadły robaki. Takie jest życie i trzeba być nawiedzonym, by udawać, że jest inaczej. Ale co innego zadawanie śmierci tam, gdzie to uzasadnione ludzkimi potrzebami, a co innego niepotrzebne przysparzanie żywym stworzeniom cierpień albo zabijanie dla przyjemności. To barbarzyństwo. Łowiectwo było szlachetnym sportem, kiedy wiązało się z tropieniem, pojedynkiem między człowiekiem a zwierzyną, niosło element ryzyka dla myśliwego i wymagało sprawności. Dziś łowiectwo to właściwie rodzaj rzeźnictwa – zjeżdżają się panowie postrzelać z bezpiecznych stanowisk do nagonionej zwierzyny jak do tarcz i popodniecać się krwią. Może i bywa to uzasadnione koniecznością regulowania populacji (naturalnie ekosystem już tego nie zrobi, bo jest zbyt zaburzony), ale widzieć w tym „miłe chwile” to co najmniej dziwne. Zresztą, rozrywka, która przed wojną była sportem „panów” w PRL stała się zabawą małpującego ich partyjanictwa i ubectwa, co samo w sobie wystarczy, by już oddać dubeltówki, kapelusze z piórkiem, rogi i inne tradycyjne utensylia do muzeum.” Zanim zacznę swoją opowieść, powiem jednoznacznie, że w 100% zgadzam się z tym co napisali Koledzy Bołoz i Kałużycki, choć to tylko część prawdy o sprawie.

A teraz moja opowieść o tym, czego zabrakło w tekście z BŁ.  Podstawowe pytanie brzmi bowiem, o jakim łowiectwie pisał Pan Ziemkiewicz? Z jego tekstu wynika jedynie, że odnosił łowiectwo z przeszłości, a więc to szlachetne i męskie, do tego współczesnego, będącego w jego mniemaniu, emanacją przyjemności czerpanej  z zabijania i niczym więcej, no może jeszcze zabawą Panów z PRL-owskiej śmietanki. To, że Pan Ziemkiewicz nie przerobił lekcji o tym czym jest łowiectwo, to jedno, ale warto też zauważyć, że ten inteligentny, potrafiący krytycznie widzieć świat, doświadczony dziennikarz przyjął bez wahania obraz łowiectwa funkcjonujący w przestrzeni publicznej i podsycany przez różnej maści zielonych. Dlaczego tak się stało? Czy tylko za sprawą jego, w tym temacie, ignorancji? Niestety nie.

Jakie jest współczesne, europejskie łowiectwo? Czy da się je wrzucić do jednego gara, pod wspólnym szyldem, jak to nagminnie usiłuje się, z ignorancji czy też w imię złych intencji, robić? Wykreowany w głowach europejskich mieszczuchów wizerunek łowiectwa oparty jest o obrazy rzezi bażantów w angielskich, duńskich czy czeskich bażantarniach, rzezi w wykonaniu elegancko ubranych, relaksujących się przy tej „robocie” zamożnych ludzi. Podobne obrazy z hekatomby dziesiątków dzików, jeleni czy saren, hojnie serwowane przez organizatorów komercyjnych polowań w różnych krajach naszej Starej Europy, szerokim strumieniem docierają do mieszkańców miast którzy przecież mdleją na sam widok krwi cieknącej z przeciętego palca. Czy ktokolwiek zadał sobie trud pokazania łowiectwa skandynawskiego, obrazów polowań z wyżłem czy sokołem? Czy ktokolwiek pokazał skutecznie, szerokiej publiczności zadania zapisane łowiectwu w Polskim Prawie Łowieckim? Czy ktokolwiek wytłumaczył szerokiej widowni, że organizacje łowieckie są największymi stowarzyszeniami realizującymi zadania ochrony przyrody na terenie Europy?

Spędziłem w tym roku sporo czasu na Targach Łowieckich w Sosnowcu i w Warszawie. Co mógł tam zobaczyć myśliwy i licznie targi odwiedzający tzw. „zwykły widz”? Z pewnością zobaczył liczne stoiska z bronią i optyką łowiecką, łuczników, psy, sokoły, ryczących na swoich tubach wabiarzy itp. ale z pewnością nie zobaczył łowiectwa i jego zadań realizowanych codziennym trudem kół łowieckich. Ten „zwykły widz” nie miał szansy zrozumieć czym jest, a w każdym razie czym powinno być łowiectwo we współczesnej Europie. Słuchałem ostatnio paru telewizyjnych, krótkich rozmów o łowiectwie, w których brali udział różni przedstawiciele PZŁ oraz dziennikarze z pozycji „przeciw” lub, w najlepszym wypadku, z pozycji „zobaczymy jak będzie się bronił”. Za każdym razem skóra cierpła mi na grzbiecie w obawie o wynik takiej rozmowy. Dlaczego? Ano dlatego, że owi obrońcy łowiectwa nie potrafili wyłamać się ze schematu „głodne zwierzęta i karmiący je myśliwi” i temu podobnych prymitywnych obrazów, będących jedynie wodą na młyn propagandy anty łowieckiej.

Jakie łowiectwo jest poddawane krytyce we współczesnej Europie i jakie nie jest w niej akceptowane? To można powiedzieć w miarę prosto – łowiectwo, które jest oparte o realizację instynktu zabijania, który nosi w sobie praktycznie każdy człowiek, oraz jakąkolwiek formę rozrywki wokół tego instynktu. Prędzej czy później zostanie zdemolowany każdy system, który sprowadzi rolę myśliwego do egzekutora czy „zabijacza”, jak kto woli. Prawda jest taka, że większość zachodnich systemów łowieckich ma takie właśnie cechy, że przywołam systemy angielski, niemiecki, południowo europejskie itp., a więc systemy które mają licznych fanów w Polsce, a które przecież są motorem krytyki łowiectwa w Europie. Jaka może być rola myśliwego na 400 hektarowym obwodzie, na którym poluje kilku, kilkunastu a czasem więcej myśliwych? Na czym polega łowiectwo w ich wykonaniu? Popatrzmy na południe od nas. W większości czeskich obwodów poluje się na wyhodowaną przez myśliwych zwierzynę drobną, dobrze jeżeli są to tylko bażanty a przecież poluje się też na indyki czy odmiany bażantów widywane jedynie w ZOO. Ten wątek można szeroko rozwijać ale wątpię czy ktokolwiek dotrwa do końca, tym bardziej, że sprawa jest oczywista.

Jakie łowiectwo ma szansę oprzeć się fali niezrozumienia, krytyki i destrukcyjnego działania współczesnych mieszczuchów idących pod dowolnym sztandarem? Tutaj też odpowiedź jest prosta – jedynie łowiectwo, które weźmie na siebie skutecznie rolę kształtowania relacji człowiek-świat zwierząt, łowiectwo, które wypisze na swoich sztandarach cele ekologiczne, które samo wykonywanie polowania uczyni narzędziem, i to pięknie pokazywanym narzędziem, a nie celem aktywności. Takie łowiectwo musi być oparte o podobne zasady jak te obowiązujące w Polskim Prawie Łowieckim ale musi być wsparte kompetentnym zarządzaniem i mądrym przekazem o rzeczywiście realizowanej misji, na wszystkich szczeblach swojej aktywności.