Zabijam – więc jestem!

Ostatnie tygodnie dyskusji o nowelizacji prawa łowieckiego w Polsce ujawniły dramatycznie niską jakość wiedzy o świecie w którym żyjemy, o środowisku przyrodniczym, o łowiectwie, a wreszcie, pokazały powierzchowność mechanizmów stanowienia prawa. Czas miniony pozwolił zmierzyć jakość o której wyżej, na poziomie szerokiego kręgu widzów, słuchaczy i czytelników różnych środków masowego przekazu, na poziomie tzw. środowisk ochroniarskich, na poziomie szerokiego kręgu myśliwych, w tym, a może głównie, zarządzających Polskim Związkiem Łowieckim. Wreszcie na poziomie polityków i wszystkich, którzy w ten, czy inny sposób, brali udział w debacie.

W czasie zmagań o kształt prawa pojawiło się bardzo wiele wątków, które aż proszą się o podjęcie ale ponieważ nie można o wszystkim na raz, zaczynam od spraw naprawdę fundamentalnych.

Przez wszelkiego typu media, ale głównie przez różne fora internetowe, przewalała się ostatnio fala hejtu anty łowieckiego, który na swoich sztandarach miał wypisane jedno nośne hasło – „mordercy!!” Ujawniły się też różnego rodzaju kanapowe stowarzyszenia, osoby prywatne, w tym osoby powszechnie znane, które radośnie włączyły się w ten wszechogarniający jazgot. Przestrzeń publiczną wypełnił arogancki, asemantyczny bełkot wśród którego trudno było doszukać się choćby strzępów argumentów merytorycznych. Po głosowaniach w sejmie emocje nieco opadły i czas rozejrzeć się po pobojowisku. Jak to jest z tymi myśliwymi – „mordercami”? Jak to jest z zabijaniem?

Garść obrazów i faktów. Kiedyś każde dziecko wiedziało, że jak mama będzie chciała ugotować niedzielny rosół, to trzeba wybrać tłustą kurę, i na pieńku za domem pozbawić ją głowy. Potem trzeba było tuszkę oskubać, wypatroszyć i na końcu tej drogi włączyć w proces przygotowania obiadu. Kiedyś, słowo „świniobicie” znaczyło, że z chlewika zniknie jeden wieprzek, za to, na kuchennym stole pojawią się pyszne kiełbasy i inne wyroby oznaczające przyjemny czas sytości. W tamtych czasach każdy wiedział, że śmierć zwierzęcia jest warunkiem naszej sytości, warunkiem i elementem naszego życia i naszej codzienności. Czy dzisiaj jest inaczej? Nie – no może trochę inaczej. Zamiast pieńka za domem i rzeźnika z sąsiedztwa mamy zamknięte zakłady, gdzie śmierć zadaje się tysiącom, dziesiątkom tysięcy, a w skali całej Ziemi prawie miliardowi zwierząt rocznie. Czym jest krótki lęk kurczaka z mojej młodości, wobec dramatu tysięcy i tysięcy zwierząt oczekujących na śmierć przez cały okres transportu i trwania w przedsionkach piekieł, którymi są zawsze masowe ubojnie? Jedyne co zmieniło się w ostatnich dziesięcioleciach, to praktyczna świadomość tego co się ze zwierzętami hodowlanymi dzieje. Ten spadek świadomości buduje elektorat pseudo ekologom. Ktoś powie – takie argumenty już wielokrotnie padały. Wszyscy o tym wiemy. Czy na pewno wszyscy? Dobrze – te kilka zdań proszę więc potraktować jedynie jako wstęp.

Tak się składa, że jestem lekarzem. Pracuję w zawodzie już dziesiątki lat i niemałą część tego czasu poświęciłem zabijaniu. Zabijałem bakterie, pasożyty i inne stworzenia zagrażające moim pacjentom. Jako hodowca psów zabijałem i ciągle zabijam kleszcze, pchły, pasożyty przewodu pokarmowego moich pupili. Czy jestem mordercą? Czy komuś przyjdzie do głowy, że zabicie tasiemca, szczura, myszy, karalucha i temu podobnego stworzenia jest czynem haniebnym? Zabijamy by przetrwać, zabijamy gdyż w przeciwnym razie sami zginiemy.

Popatrzmy na problem jeszcze szerzej. Ludność Ziemi osiągnęła liczebność 500 milionów około roku 1500 n.e., miliard przekroczyła około 1820, 6 miliardów około 2000, a około 2043 dojdzie prawdopodobnie do 9 miliardów. Jak to się stało? Jak to było możliwe? Odpowiedź jest prosta. Wycięliśmy lasy, a tereny po nich zmieniliśmy w uprawne pola. Przy okazji wybiliśmy miliony zwierząt, a ich przestrzeń życiową wypełniliśmy zwierzętami hodowlanymi. Chroniąc nasze stada wybiliśmy kolejne miliony drapieżników czy po prostu konkurentów dla naszych stad. Jesteśmy najskuteczniejszymi i najgroźniejszymi drapieżnikami na Ziemi i nie udawajmy, że jest inaczej. Haniebne nie jest to, że realizujemy nasze drapieżnictwo, tylko to, w jaki sposób to robimy.

Patrzmy dalej. Ciągle przybywa ludzi i tym samym zmniejsza się powierzchnia pól uprawnych przypadająca na jednego człowieka. Kolejne fakty – dla wyżywienia jednego człowieka dysponowaliśmy w 1962 r. powierzchnią 1,44 ha, w 2002 – 0,81 ha, dzisiaj jeszcze mniejszą. Trzeba było zwiększyć produktywność, nie powiększających się przecież rolniczych areałów. W 1840 roku wprowadzono sztuczne nawożenie które zwielokrotniło plony. Obecnie wysypujemy na światowe pola i łąki około 170 milionów ton nawozów w czystym składniku rocznie. Niestety, to było zaledwie preludium nowego etapu naszej presji na środowisko przyrodnicze. W tym miejscu mała dygresja – nie używajmy ulubionego określenia zielonych – „środowisko naturalne”. Resztki naturalności pozostały gdzieś, gdzie nie dotarli ludzie ze swoimi osiedlami, nawozami i wszystkim czym przekształcają otoczenie przyrodnicze. W świecie w którym żyjemy nie ma środowiska naturalnego, nie działają też naturalne mechanizmy lub ich działanie nie może skutecznie przeciwdziałać skutkom naszej presji.

Dla zwiększenia produktywności ziemi rolnej doprowadziliśmy do komasacji gruntów, wprowadziliśmy na nie spotykaną wcześniej skalę mechanizację prac polowych ale przede wszystkim, zalaliśmy nasze pola chemicznymi środkami ochrony roślin. W Polsce wylewa się na pola, łąki i sady rocznie około 65 tysięcy ton (65 milionów kilogramów) substancji chemicznych niszczących niepożądane dla produktywności naszych upraw rośliny i zwierzęta. Na liście niepożądanych gatunków znajduje się około 65 tysięcy pozycji!! W skali Europy i świata ilość chemicznych środków ochrony upraw idzie w miliony ton rocznie! Giną nie tylko stworzenia bezpośrednio poddane chemicznej eksterminacji, ginie cały świat którego nasze ofiary są nieodłączną częścią. Pod kosiarkami, na milionach hektarów łąk całego świata giną kolejne miliardy stworzeń. Można by jeszcze taką wyliczankę ciągnąć dalej.

Skąd więc atak na myśliwych, którzy w Polsce są ustawowo zobowiązani do udziału w zarządzaniu środowiskiem przyrodniczym? Zapisy ustawowe wyraźnie wskazują, że nasze zadanie polega na takim zarządzaniu zasobami przyrodniczymi, aby zachować ich różnorodność i pozwolić przekazać je kolejnym pokoleniom. Polski model łowiectwa nie jest formą organizacyjną wykonywania planów odstrzału. Polski model łowiectwa jest formułą włączenia w zarządzanie środowiskiem możliwie szerokiego kręgu ludzi.

Dlaczego więc zielone organizacje uczyniły sobie z nas cel ataku? Dlaczego nie walczą z opisanymi wyżej skutkami zmian w gospodarce rolnej? Dlaczego nie postrzegają nas jako partnera w realizacji deklarowanych przez siebie celów strategicznych?

Nie ma zapewne łatwej odpowiedzi ale dla mnie spór ma charakter fundamentalny i do tego wyraźnie podszyty pieniędzmi. Jesteśmy największą pozarządową organizacją zajmującą się zarządzaniem środowiskiem. Mamy stabilne, zdyscyplinowane kadry, mamy potencjał finansowy i organizacyjny którego nie mają stowarzyszenia ekologiczne, o głównie kanapowym przecież charakterze. Jesteśmy konkurencją! Jesteśmy konkurencją w dostępie do wielkich zasobów każdej społeczności przeznaczanych na zarządzanie środowiskiem. Jesteśmy też nośnikiem tradycyjnego, a nie lewackiego i w istocie destrukcyjnego widzenia rzeczywistości.

Dlaczego więc daliśmy się ograć przeciwnikowi? Dla mnie, odpowiedź jest prosta – zapomnieliśmy o prawdziwym wymiarze zadania przed którym stoi łowiectwo. Daliśmy sobie wmówić ustami nieudolnych zarządców Polskiego Związku Łowieckiego, że naszym jedynym zadaniem jest wykonywanie odstrzału, że polujemy dla mięsa, że stoją za nami mityczne wieki kultury łowieckiej, której jesteśmy wspaniałymi kontynuatorami. Jednym słowem uznaliśmy, że jesteśmy wielcy i wspaniali, a na naszym czele stoją ludzie, którzy zapewnią nam trwanie naszego świata, niezależnie od tego jak pracujemy, co wiemy i w jaki sposób budujemy o sobie przekaz. Pozwoliliśmy aby oderwano nas od korzeni zadania które mamy realizować. Efekty znamy.